Antysidór reaktywacja

sobota, 31 stycznia 2015

Egzekucya w Chinach.Pekin 1904 rok.

Notka 55.

   Wyroki śmierci, tak powszednie w Państwie Niebieskim, sprowadzają ostatnimi czasy egzekucye masowe, wstrząsające nerwy najbardziej obojętnego Europejczyka. Oto co pisze jeden z naocznych świadków krwawego widowiska:
   Dzienniki miejscowe uprzedzają wcześniej ludność o zamierzonej kaźni. Widowisko ściąga zawsze tłumy ciekawych. Odbywa się ono na jednej z bardziej ożywionych ulic Pekinu.
   Ustawiono trzy namioty bambusowe: jeden dla Wielkiej Rady mandarynów, drugi dla skazańców, sprowadzonych tu zawsze w liczbie 36 mężczyzn i jednej kobiety; trzeci szałas mieści katów i ich narzędzia. Ścinanie odbywa się za pomocą nożów, długich na 60 cm. (łokieć), a szerokich na 12 cm.; rękojeść zdobią rzeźby symboliczne.
   Niemało upływa czasu, nim nadejdzie dekret cesarski, nakazujący egzekucyę. Wiozący go wysłannik nie może, stosownie do obyczaju, popędzać konia, który idzie samopas; i tak przecie sądzą Chińczycy, przyjdzie na czas, by oznajmić decyzję.
   Nareszcie przybył rozkaz. Ulicę przepełniają tłumy. Garstka żołnierzy toruje drogę, chłoszcząc długimi batami na lewo i prawo. Chwytają jakiegoś Chińczyka, jednego z gapiów, który miał nieszczęście stać najbliżej; uwiązują go do słupa przed trybunałem. Teraz będzie widział dobrze, ale za to czeka go po egzekucyi 25 dobrych razów.Jaki jest powód tego postępowania, odgadnąć trudno; spotka ono pierwszego przechodnia, jaki się nawinie.
   Noże przynoszą uroczyście pomocnicy kata do miejsca, gdzie ma paść pierwsza ofiara. Skazaniec idzie, z rękoma związanemi z tyłu, krokiem pewnym; nie znać drżenia najmniejszego, twarz blada ma wyraz zupełnej rezygnacyi. Klęka on sam, poczem oprawca przewiązuje mu głowę przez usta, i ciągnąc za koniec sznura, pochyla mocno naprzód. Ofiara znosi te przygotowania z przejmującym stoicyzmem; niektórzy nucą z cicha. Kat zamierza się, żelazo spada i...chybia; nieszczęśliwemu przecięto połowę karku. Wtedy ciągnąc za ramię, gdy pomocnik wypręża sznur, kat piłuje nożem doputy, aż głowę oddzieli. Okazują ją sędziom i publiczności, obnosząc dokoła, poczem składają na ziemi obok ciała.
   Kat ociera narzędzia i gotuje się do nowego ciosu. Drugi skazaniec wydaje się jeszcze bardziej obojętnym; patrzy na krwawe zwłoki, klęka  w kałuży krwi ciepłej i bez skrzywienia daje sobie założyć przez usta sznur okrwawiony. Cięcie tym razem się udaje; rozlega się krzyk krótki, zdławiony, i głowa spada opodal. Przyprowadzają nowe ofiary. Nóż wznosi się co chwila - i znika jedno życie ludzkie. Widowisko ciągnie się nieraz godzinami.
   Osobliwość kata szczególnym napełnia wstrętem. Z cynizmem, grozą tchnącym, czyści po każdej operacyi swój tasak, ogląda, wyciera twarz ze krwi, podejmuje głowy spadłe i okazuje Wielkiemu Sędzi, spokojnie, chłodno, jak automat. Nie śpieszy się, rysy nie okazują najmniejszego wzruszenia, nawet zmęczenia, o ile czynność nie trwa zbyt długo; stoi z nożem w ręku, czekając na ciąg dalszy. Jednakże bywają chwile, gdy i ten głaz ludzki nie może ukryć niepokoju. Jeżeli nie zabije delikwenta za drugim uderzeniem, sam może być na śmierć skazany; to też po nieudanym ciosie wysila swą zręczność.
   Niemniej dziwną i przykrą wydaje się dla cudzoziemca obojętność chińskiej publiczności. Tłumy stoją i patrzą w milczeniu, nie okazując nawet szczególnego zajęcia; egzekucya jest sprawą naturalną dla nich, którzy w ogóle tak mało przywiązują wagi do życia. Co prawda, niekiedy i w obcych zamiera tutaj wrażliwość na widok krwi i śmierci.
   Skoro ścinanie się ukończyło, przystępują do duszenia. Winowajcę kładą na ziemi; kat przewiązuje mu szyję sznurkiem, którego koniec zakręca coraz mocniej na kiju, aż ofiara wyzionie ducha. Tak stracono kilkunastu. Po ukończeniu egzekucyi, mandaryn rzuca garść pieniędzy, jako zapłatę kata, by nie dotknąć jego ręki.
   Jeżeli podobne wykonywanie wyroków budzi odrazę w człowieku cywilizowanym, okropność ich maleje wobec tortur, jakie czasami praktykują się publicznie na śródmieściu. Niedawno np. kobietę z wyroku sprawiedliwości pokrajano żywcem.
   Gdy się zważy te obyczaje, jakim hołduje najstarszy niemal i najliczniejszy naród na ziemi, niepodobna nie uczuć wdzięczności dla owoców nowej cywilizacyi.


piątek, 30 stycznia 2015

Widzenie, Unterzell.1684 rok.

Notka 54.


   Arcybiskup Wurcburgski, Konrad Wilhelm. w roku 1684, dnia 14 lipca, przy zupełnym jeszcze zdrowiu, małą odbywał przejażdżkę wodną do swego ogrodu w Veitshochheim, a gdy przepływał około klasztoru Unterzell, ujrzała siostra jego, będąca ksienią tego klasztoru, z okna swego, na przedniej części statku mary okryte czarnym kirem, stojące przed jej bratem, który dla świeżego powietrza i pięknego widoku, to miejsce statku był sobie obrał. Zbladła, padła w tył i zemdlałe. Gdy jej się spytano, co by ją tak nagle dotknęło, opowiedziała to co widziała. Inne osoby przy niej będące, nic tego nie widziały. Starano się przekonać ją, że tylko wyobraźnia tak mocno na jej umysł i wzrok działała; lecz daleką była od zaprzeczenia tego, na co zdrowemi patrzała oczami. Jeszcze dwa nie upłynęły miesiące, gdy potwierdziło się przeczucie jej; albowiem dnia 8 września tego roku umarł jej brat, po krótkiej bardzo chorobie.

Widzenie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Warszawa 1794 rok.

Notka 53.

   Nasza historyja przedstawia ciekawy bardzo przypadek omamienia. Wspomina nam o nim Wojcicki w biografii swojego ojca, który był przybocznym lekarzem Stanisława Augusta, i na którego rękach ten monarcha dni swoje zakończył.
   Jan Wojcicki lubiony był przez króla i był jego w niejednym razie powiernikiem. W roku 1794 w najprzykrzejszych chwilach nie odstępował monarchy, i z tych czasów opowiadał następujące zdarzenie.
   Było to 4 listopada 1794 roku. W warszawskim zamku obok pokoju, gdzie Król Jegomość drzymał, zostawałem na służbie. Nagle huk z dział zagrzmiał na Pradze, a kula jedna armatnia utkwiła w murze przy oknie zamkowem tegoż pokoju. Zatrzęsła się ściana, i po chwili słyszę krzyk przeraźliwy Króla Jegomości. Wpadam przerażony i znajduję króla siedzącego na sofie, na której drzymał, wybladłego, drżącego, ze wzrokiem osłupiałym, wskazującego prawą ręką na okno.
   Zacząłem go trzeźwić środkami lekarskimi: po kilku chwilach odetchnął przecież i pierwsze jego słowa były: Czy widziałeś ją?
   -Co takiego, Najjaśniejszy Panie?
   -Ona stała w oknie i groziła mi strasznie!...Nie odchodź na krok ode mnie.-Położyłem pod głowę poduszki; po chwili spoczynku dopiero król mi opowiadał, że zdrzymawszy się, nagle usłyszał huk straszny, ściany zamku zadrżały, a kiedy się porwał na nogi i spojrzał w okno, w któremu jeszcze szyby brzęczały, ujrzał postać niewieścią w długiej białej szacie, jak większą połowę okna zasłania. Zwrócona była twarzą bladą i wielce smutną do niego: gdy zaś spojrzał w jej oblicze, zadrżał na całem ciele, bo smutek zmienił się w wyraz groźby. "Nie mów o tem nikomu, mój Janie!-mówił monarcha, ocierając pot z czoła, nie wpuszczaj tu nikogo i poślij dowiedzieć się, co się dzieje za Wisłą. Spełnił to życzenie króla i do jego zgonu w tajemnicy zachował to zdarzenie.

czwartek, 29 stycznia 2015

O dyable we dworze. Wieruszyce 1904 rok.

Notka 52.


   O dwa kilometry drogi od miasteczka Łapanowa na spadzistej górze sterczą ruiny zamku, niegdyś do rodziny Nawrockich należącego, dziś własność państwa Meysnerów. Zamek ów wielki był zbudowany z kamieni ciosowych, a szczyt swój wznosił dumnie wysoko ponad okoliczne góry. Dziś nawet zniszczony i do połowy zburzony wzbudza podziw postawą swoją.
   Opowiadają, że w zamku tym od jakiegoś czasu, a mianowicie gdy sprowadziła się tam dzisiejsza rodzina Meysnerów, zły duch obrał sobie za mieszkanie jedno ze środkowych piąter i wyrządza ludziom rozmaite psoty. Właściciel zamku, nie mając spokoju od burzliwego lokatora, którego nie mógł się pozbyć żadnym sposobem, wyniósł się do oficyn, gdzie stale mieszka, a zamek przeznaczył na spichlerz i oddał do swobodnego użytku znienawidzonemu mieszkańcowi.
   W dzień zazwyczaj, jak się zdaje, zły śpi spokojnie lub rozmyśla, jakie to nowe psoty wyrządzić panu zamku. W nocy dopiero wyprawia harce i gonitwy tak hałaśliwe, że zdaje się, cały zamek runie w gruzy. Pod rozmaitemi postaciami krąży on koło zamku i namawia ludzi, aby z nim szli do piwnic, a tam koło północy znajdą tyle złota, że można z niego postawić wieżę. Wtedy mogą sobie nabrać skarbów ile zechcą, byleby tylko udali się tam z nim razem. Jednakże nikt nie chce się odważyć na czyn taki, wiedząc dobrze, co spotkało poprzedników śmiałych, których znajdywano w zamku bez duszy ze śladami palców na martwych twarzach, pochodzących zapewne z walki ze złym duchem.
   W głębi jednej z piwnic ma się znajdować kolebka ze złota.
   Zły duch pozwala niekiedy ciekawym zajrzeć do swej siedziby, ale zbyt natrętnych zatrzymuje u siebie przez kilka godzin, wyprawia sobie z nich igrzyska rozmaite, a wypuszcza dopiero wystraszonych i ledwie żywych.
   Jeżeliby ksiądz z krzyżem w ręce wszedł do piwnic, gdy drzwi będą otwarte, mógłby zabrać wszystkie nagromadzone skarby. Wszyscy wiedzą o tem, więc też gdy niedawno temu w Wielki Piątek pastuszek mały zobaczył otwarte wejście do piwnicy, pobiegł natychmiast do proboszcza i zawiadomił go o ważnym wypadku. Ksiądz, znając podanie, wybrał się natychmiast z procesyą, aby skarby nagromadzone zabrać, lecz w drodze zatrzymany przez babę, przybył za późno i wejścia do piwnicy znaleźć już nie mógł.
   Służba dworska opowiada, jakie psoty wyrządza ów kusy panek. Jednego razu wieczorem podczas wieczerzy zajechał pod okna sali jadalnej wół na koniu i zapukał do okna. Właścicielka zamku kazała lokajowi zobaczyć, co to za widowisko, lecz nagle wszystko znikło. Czasem w południe słyszy czeladź dworska, że ktoś gwałtownie ciągnie wodę ze studni. Skoro jednak które z ludzi wyjrzy, ustaje ciągnienie, a w pobliżu studni nie widać nikogo. Niekiedy w nocy słychać, jak ktoś okrutnie młóci w stodole na maszynie. Zachodzą parobcy, a tu nie ma żywej duszy. Każdy się skarży na figle i psoty złego, a właściciel zamku ma podobno sprzedać dobra, jeżeli tak dalej będzie.

środa, 28 stycznia 2015

Kaźń czarownic. Warszawa 1526 rok.

Notka 51

   "W roku 1526 straszne męki zadawano dwiema białogłowom (piekarce z Krakowa i Kliszewskiej ziemiance), iakoby ony Janusza Xiąże Mazowieckie zgładziły ze świata: wkopali słup pod Warszawą y dwa łańcuchy przy nim, któremi ie opak za ręce nago przywiązali, y drew koło nich stosami nakładłszy zapalili: piekły się przez cztery godziny, biegając około słupa, a gdy się z sobą zeszły, kąsały ciało na sobie wzajemnie, aż upieczone pomarły".
    Ten rodzaj powolnego pieczenia żywcem był hojnie stosowany, ile razy chodziło o zaostrzenie kary lub ubawienie widzów.
    Dnia 3 września 1604 roku w Pradze czeskiej spalono w podobny sposób kobietę i mężczyznę za podpalenie.
    Na zamku w Frankensteinie pieczono pewnego truciciela, Polaka, kilka godzin na wolnym ogniu.
    Cesarz Otto III kazał piec wolnym ogniem swoją żonę Marję, która przez kilka lat miała przy sobie pięknego młodzieńca, przebranego za pokojową.
    W Wrocławiu 23 września 1544 roku spalono na wolnym ogniu kobietę, która jako mężczyzna dwa razy zawierała związki małżeńskie z kobietami.

wtorek, 27 stycznia 2015

Zaklęte skarby. Trembowla, 1899 rok.

Notka 50.

   W zamku trembowelskim, w podziemnych piwnicach, są ukryte niezmierne skarby, zamknięte dwunastoma żelaznymi drzwiami. Drzwi te otwierają się raz w rok w czasie rezurekcyi i wtedy można się do nich dostać i nabrać złota do woli. Ale wstęp do tych skarbów wolny jest tylko przez krótką chwilę czytania ewangelii w kościele, trzeba się więc śpieszyć z odwrotem. Zaraz bowiem po ukończeniu ewangelii wszystkie drzwi w piwnicach zamykają się, a człowiek chciwy i nieostrożny, zostaje w podziemiach przez rok cały. Tak było z córką pewnej kobiety, która się z nią na tę nocną wycieczkę wybrała, a nie zdołała na czas z zaklętych piwnic wyprowadzić. Dla matki upłynął ten czas w smutku i zgryzotach sumienia, córka zaś zapadła w sen głęboki, tak, że gdy podczas następnej rezurekcyi matka wyprowadziła ją całą i zdrową na świat boży, dziecku zdawało się, że tylko jedną noc przespała w podziemiach. Nikt też nie ma pożytku z tych skarbów, gdyż ogrom bogactwa i blask jaki od nich bije, tak olśniewa człowieka, że zamiast nabrać złota i czemprędzej uciekać, stoi i podziwia te błyszczące stosy, a wreszcie albo z niczem umyka, albo - jeżeli nie był dość przezorny - zostaje przez cały rok w więzieniu. Dlatego to już teraz o te skarby nikt się nawet nie kusi.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Dążki (mocowanie się) z diabłem.Karklenaj 1856 rok.

Notka 49.

   W parafji Kulej, w powiecie Telszewskim, we wsi Karklenaj, w październiku 1856 roku, tarli len u Jana Pejlisa. Jeden z zaproszonych ludzi na tłokę pyta:- Czy chcecie zobaczyć djabła? Ja wam pokażę! Drugi powiada:- Ja mogę iść w dążki z djabłem! O północy powiada pierwszy:- No, teraz pójdę przyprowadzić djabła! A temu odważnemu rzekł:- Ty idź teraz do suszni, wziąwszy żelazne widły. Wszyscy inni, stanąwszy przy suszni, rozmawiają o tem, co to będzie. Ten odważny, wszedłszy do suszni bez obawy, bo był bardzo silny, stuka sobie widłami. A drugi, na polu za drzwiami będąc, pyta:- Czy już jest djabeł? Ten z suszni odpowiada:- Nie! Po chwili wszyscy usłyszeli wielki stuk i szelest w suszni. Otworzyli drzwi, wyciągnęli tego odważnego prawie nieżywego z suszni czyli łaźni. Potem przyszedl do siebie, ale długo chorował i nigdy o tem, co zaszło, nie wiadomo dlaczego, nie opowiadał.

niedziela, 25 stycznia 2015

Sen zimowy z powodu głodu. Polska XVIII wiek.

Notka 48

   (...)Lata głodowe występowały w Polsce bardzo często jeszcze nawet w XIX wieku. W wiekach poprzednich z powodu niższego poziomu sił wytwórczych i niższej techniki rolnej obserwujemy oczywiście częstsze wypadki lat głodowych, następujące po większych klęskach elementarnych lub po panowaniu tak zwanej "czarnej śmierci". Lata głodowe były wówczas na wsi pańszczyźnianej bardzo częste i ogarniały swym zasięgiem wielkie połacie kraju. Chłopi odżywiali się wtedy w niezwykle pierwotny, prymitywny sposób; spożywano trawę, żołędzie, różne kłącza, bazie itp. Bardzo liczne lata głodowe występują w XVI stuleciu. W XVII i XVIII wieku nie było wcale lepiej. Na przykład w 1627 roku głód doprowadził do tego, że jedzono pokrzywy, chwasty i żołędzie nawet w surowym stanie. Po przejściu głodu ludzie ginęli od chleba, którego nie mogły strawić ich wycieńczone organizmy (Fakt ten jako tak zwaną chorobę głodową obserwujemy i w innych okresach). W drugiej połowie XVII i na początku XVIII stulecia spotykamy częste głody wynikające z klęsk elementarnych. Powodują one groźne, niekiedy makabryczne konsekwencje (Jeśli można wierzyć ówczesnym pamiętnikarzom, to zdarzały się wypadki, że zjadano ludzkie trupy).
   Okropny głód, a w jego rezultacie epidemie, panowały w 1709-1710 roku. Głodem tym najbardziej dotknięci byli chłopi. Ludzie jedli wtedy konie, psy, myszy, koty i szczury. Groźny głód był w 1736 roku, jedzono wówczas nawet mięso ze zdechłych koni. W 1748 roku chłopi żywili się żołędziami i pąkowiem z drzew, które suszono i mielono. Głodowanie ludności wiejskiej na terenach szlacheckiej Rzeczypospolitej było tak częste, że doprowadzało w pewnych okolicach do niezwykłych konsekwencji. Zalecano np. w niektórych miesiącach stosowanie swego rodzaju snu zimowego. Sen ten miał trwać 4-5 miesięcy, ludność w tym czasie miała spoczywać, unikać ruchu, z zajęć domowych wykonywać tylko najniezbędniejsze, np. palenie w piecu. Odżywianie sprowadzano wtedy oczywiście do minimum i w ten sposób ratowano się przed plagą głodu(...).

Wielkoludy. Kaszuby 1934 rok.

Notka 47

   Istoty nadprzyrodzone, podobne do człowieka, to między innymi olbrzymy. Lud kaszubski nie wierzy żeby dziś jeszcze istnieli olbrzymi(stolem, wolbrzim). Byli to ludzie olbrzymiego wzrostu, ale o słabych władzach umysłowych, dlatego też zostali wytępieni przez ludzi obecnie żyjących. Stolemji żyją już tylko w podaniu; gdzie istnieje wąski półwysep wrzynający się w jezioro, jak np. w jeziorze Osowskim w powiecie wejherowskim lub w jeziorze Sudomie w powiecie kościerskim, tam przypisuje się usypanie go stolemom, tak samo niektóre głazy narzutowe na polach kaszubskich dostały się na obecne miejsce rzucone dłonią stolema.
   Z stolemami miesza się nieraz Krzyżaków, podobnych jednak nieco bardziej do ludzi dzisiejszych. Ich dziełem są kurhany przedhistoryczne, szczególnie kamienne groby skrzynkowe, także o niektórych głazach narzutowych mówi się, że rzucił je "krzeżok". Nieco wyraźniejsze wspomnienie o historycznych Krzyżakach zachowało się na kępie swarzewskiej, gdzie co prawda również opisuje się ich jako wojowników niezwykłego wzrostu, ale zarazem przedstawia się jako chrześcijan, którzy zbudowali kościoły w Starzynie i Żarnowcu. Opowiada się też o ostatniej bitwie z nimi, którą co prawda umiejscawia się na podstawie ludowej etymologji nazw Strzelna i Tupadeł, pomiędzy temi wsiami (Strzelno od strzelać, Tępadła: tu padle, tu padli).

sobota, 24 stycznia 2015

Okurzanie ziołami i siarką przeciwko szaleństwu.Lublin 1743 rok.

Notka 46

   27 lipca 1743 roku niewierny Jakub Izraelowicz zeznał przed urzędem radzieckim miasta Lublina co następuje: "Już lat kilka temu, jako córka moja oszalała była, dziwne rzeczy robiła, po ulicy biegała, i ja zprowadziłem cerulików do niej na kuracjo lubelskich, ale jej nie mogli poradzić; woziłem ją do Zamościa i do Ciechanowa i rużnie z nią jeździłem dla kuracji, ale jej nic nie pomogło, aż jedna baba wróżka trafiła się. Ta mi poradziła, że koniecznie ją trzeba do góry nogami zawiesić i kurzyć różnemi ziołami i siarką; jeżeli przy niej nie ma nic, to się ciemię obróci i będzie zdrowa, i jeżeli mocnej natury, to wytrzyma; jeżeli nie, to pod wątpienion wola Boska. Ta moja córka wytrzymała to kurzenie i ozdrowiała, i żyje do tego czasu. To zeznaję prawdziwie i kiedy tego będzie potrzeba, gotowem juramentem poprawić i z ludźmi, którzy wiedzą o tem."

piątek, 23 stycznia 2015

Grodzisko chełmskie.1893 rok.

Notka 45

   We wsi Chełmie niedaleko od kościoła, który wznosi się na wzgórzu, wystercza stromo góra, Grodziskiem zwana. Lud tutejszy opowiada, że ta góra za bardzo dawnych czasów była zamkiem. Na dowód tego okazuje kamienie tuż pod powierzchnią ziemi się znajdujące, dla których i głęboko orać w ziemi nie można. Zamek ten,gród ten, według jednych, zapadł się w ziemię "za grzechy", według drugich zaklął jakiś czarnoksiężnik wraz ze wszystkimi jego mieszkańcami, którzy nadarmo czekają dotąd na swe wybawienie. W jednem miejscu z boku Grodziska, gdzie kamień wydobywa się na wierzch, mają być podług opowiadania gminu drzwi zamczyska; nikt jednak nie waży się poruszać tych kamieni, gdyż to nadzwyczaj rzecz niebezpieczna.
   Nie zważał na tę ogólną przestrogę pewien odważny chłop za wsi Chełmu i zapędził się w to miejsce z zamiarem wydobycia stamtąd kamieni na fundamenta swego domu. Ale gdy właśnie pierwszy kamień podważył, dał mu się słyszeć z głębi Grodziska gruby grobowy głos. Szczęściem usuną się czemprędzej z zajętego stanowiska; lecz zaledwie uszedł kilkanaście kroków, zaczęło cosik rzucać za nim kamieniami i wołało: "Kieś mię tu nie dawał, to mie i nie rus!".
   Poniżej grodziska, na wschód, jest mały stawek, który nazywają "Morskim Okiem" i o którym utrzymują, "ze nie ma dna", i jest siedliskiem topielca. Opowiadają, że ile razy kobiety nad tym stawkiem płótno piorące zostawią przy brzegu kijanki, oddalając się na południe do domu, tyle razy znajdują je z powrotem daleko porzucone od stawu, lub też uwikłane w pobliskich krzakach, że je trudno wydostać
.

czwartek, 22 stycznia 2015

Elżbieta Batory. Zamek Kseith,XVII wiek.

Notka 44

   Synowica króla Stefana, żona Franciszka Nadasdy, pani na zamku Kseith na Słowaczczyźnie nad Waagą. Wychowywała młode ubogie dziewczęta, które wyposażała i wydawała za mąż. Gwałtowna i sroga, miała upodobanie w mękach, zadawanych innym. Niekiedy całe stada obnażonych poddanek kazała zimą wpędzać do ogrodu zamkowego,lub wganiać do wpółzamarzłych stawów.
   Wpadła na pomysł przywrócenia uciekającej młodości przez kąpanie się w krwi młodych dziewcząt. Manja ta, trwająca wiele lat pochłonęła mnóstwo niewinnych ofiar.
   Morderstwa popełniano w głębokim lochu przy pomocy dwu zaufanych służebnic i karła Fitzko. Nakoniec kanclerz Turzo, przekonany dowodami o czynach Elżbiety, zjechał na sądy. Karła spalono na stosie, dwie pomocnice mieczem stracono a Elżbietę wtrącono do ciemnicy, gdzie po trzech latach 1619 roku umarła.
   Okolice zamku Kseith po dziś dzień zachowały straszne podania o okrutnych pomysłach tej krwiożerczej niewiasty.

Król wężów. Zakopane 1895 rok.

Notka 43

   Dziadek Jośka opowiadał, że w "naskich lasach" była dziura, a w  niej pełno wężów. Był król między nimi - "nastarsy", miał trzy głowy. Jak go kto dopadł i uciął średnią głowę a uważył z niej rosołu i wypił, to wiedział "ka są" jakie zakopane pieniądze. Jeden to zrobił, ale cóż, kiedy przy pierwszym skarbie serce mu pękło.

środa, 21 stycznia 2015

Królewska studnia. Sanok 1907 rok.

Notka 42

   W lesie miejskim na Białej górze znajdują się zwaliska, które historya mieni być szczątkami studni, zbudowanej przez królowę Bonę, matkę Zygmunta Augusta, i stąd królewską zwanej. Jest to ścięty cypel góry o średnicy kilkunastu metrów, otoczony głębokim rowem i wałem, zawalony nieobrobionymi głazami kamieni, spadłymi ze ścian cyplu, który jest dziś cały porosły mchami, zielskiem i drzewami. Nie są to jednak szczątki studni, ale ruiny zamku, budowanego przez tę królowę na szczycie góry, tylko niedokończonego. Są tam głębokie piwnice i lochy podziemne, z których jeden ciągnie się pod San do zamku sanockiego. Od tego zamku prowadził też nad Sanem most do Sanoka. W tem miejscu "coś" zawsze straszy i dyabeł pilnuje niezmiernych skarbów tam ukrytych.
   Jeden mieszczanin zaczął tam raz kopać i już był blizkim wykopania, bo słyszał dźwięk w ziemi, ale coś zaczęło ciskać na niego kamieniami i ledwo z życiem uciekł.
   Raz znowu szedł tamtędy chłop z Międzybrodzia i ujrzał na drzewie zawieszone ubranie i czarny kapelusz. Kiedy uszedł dalej, usłyszał za sobą głośny śmiech, i tak się przeląkł, że ledwo żywy dostał się do domu.

Wypędzanie czarta z opętanego.Przemyśl, 1904 rok.

Notka 41

   W korespondencyi z Przemyśla doniosło "Słowo Polskie", że w tych dniach przed sędzią panem Oleksińskim w Przemyślu w charakterze pozwanego stawał mieszczanin z Zasania, ojciec syna umysłowo upośledzonego. Chłopak, epileptyk, niespokojny, dręczony wizyami, został uznany przez kumoszki za opętanego. Czarta wypędzano modlitwą i kadzeniem, a gdy nie ustępował, orzeczono ostatecznie, polegając na zdaniu starozakonnego B., że chorego opętał czart żydowski "Dybyk". B. Oświadczył tedy stroskanemu ojcu, że żydowskiego czarta pokona tylko rabin cudotwórca i że w tym celu on B., poczyni potrzebne starania. Ojciec chorego przystał na propozycję. Po upływie kilku dni B. wręczył mieszczaninowi kopiejkę, która pochodząc od rabina cudotwórcy, zawieszona na piersiach chorego, miała za zadanie dokuczać straszliwie "Dybykowi" i poparta modłami świętego męża, zmusić wreszcie upartego czarta do ustąpienia. Za tę usługę zażądał B. tylko 100 koron wynagrodzenia. Mieszczanin odmówił zapłaty, bo i amulet i modły cudotwórcy nie dały rady upartemu "Dybykowi". Sprawa nie została wyrokiem rozstrzygnięta, bo rzecznik powoda B. odstąpił od skargi.

wtorek, 20 stycznia 2015

Wilkołak. Myscowa 1901 rok.

Notka 40

   Dnia 7 lipca 1901 roku w powiecie krośnieńskim we wsi Myscowej zamieszkałej przez Łemków, paśli pasterze owce pod lasem. Nagle wypadł wilk, porwał owcę i umykał w las ze zdobyczą. Pasterze, przywykli do podobnych wypadków, pochwycili za kije i z krzykiem rzucili się w pogoń za wilkiem. Już, już mieli go dognać, gdy wtem na rozstajnych drogach wśród lasu stracili z oczu wilka, a za to oko w oko spotkali się z żebrakiem Iwanem Karczmarczykiem, niedołężnym starcem, który od wsi do wsi chodził po jałomuźnie.
   Nie umiejąc sobie wytłumaczyć nagłego zniknięcia wilka, a ukazania się żebraka inaczej, jak tylko tem, że Iwan Karczmarczyk jest wilkołakiem, który zamienił się w wilka, aby tem łatwiej porwać owcę, a teraz przybrał na powrót postać człowieka, rzucili się kijami na niego, przeklinając go i żądając zwrotu owcy.
   Przerażony Karczmarczyk uciekał, co sił starczyło do wsi, ale chłopi, między którymi znajdował się także wójt Maciej Solenka dopadli go koło płotu i formalnie znęcali się nad nim, bijąc go po całym ciele. I tak w powodach dołączonych do wyroku sądowego czytamy, że wójt bił go ręką, leżącego na ziemi kopał po całem ciele i zachęcał innych do bicia żebraka; Hryć Błoński, liczący 27 lat wieku, kopał go także nogami, bił rękami po całem ciele, a wreszcie zdjąwszy pas z Karczmarczyka bił go tym pasem; Jurko Sysak, lat 44, gospodarz, zachęcał też innych do bicia mniemanego wilkołaka a sam bił go rękami po całym ciele i kopał; Wanio Banicki, lat 34, gospodarz bił go rękami po twarzy, a Hnat Haraś, gospodarz docisnąwszy się do napadniętego szturkał go pięścią w bok. Przy tym napadzie było jeszcze pięciu innych gospodarzy obecnych: Piotr Dochoda, Piotr Stankowicz, Pańko Makuch, Iwan Gałajda i Wasyl Barna, których sąd uwolnił, nie mogąc im dowieść winy.
   Biednej ofierze barbarzyńskiego napadu pod razami rzuciła się krew ustami, twarz była podrapana, a oczy popodbijane. Wtenczas dopiero przestano się nad nim znęcać, powiązano go jednak i radzono, co z nim dalej począć. Szczęściem dla Karczmarczyka, że nadszedł żandarm, kazał go uwolnić a o całem zajściu zrobił doniesienie do sądu powiatowego w Dukli. Po przeprowadzonem dochodzeniu wyrokiem z dnia 25 listopada 1901 roku skazał sąd Solenka, Błońskiego i Łysaka każdego na 10, a Banickiego i Harasia każdego na 5 dni aresztu, nadto wszystkich na ponoszenie kosztów postępowania karnego.
   Co do oskarżonego Macieja Solenki jako obciążającą okoliczność podano w wyroku to, że "będąc wójtem czynem swym dał zły przykład mieszkańcom wsi". Jako okoliczność łagodzącą winę wszystkich oskarżonych podniesiono tam ich "niski poziom umysłowy, który ich popchnął do czynu karygodnego".

Dowody nadzwyczajnej siły u Polaków. Dokończenie, publikacja z roku 1884.

  Notka 39

   Stanisław Radzimiński, kasztelan zakroczymski najtęższego chłopa na ręku posadziwszy bujał nim; konia dzikiego, gdy doskoczył chwytał za uszy i dotrzymał go, póki masztalerz nie włożył nań uzdy i powroza i koń szedł potem spokojnie, bo mu głowa spuchła.
   Herby rycerstwa polskiego. Kraków 1584 str. 269. Prokop Sieniawski marszałek Wielki koronny poszóstne karety z góry rozpędzone, porwawszy za koła wstrzymywał, konie i woły za jednym zamachem szablą przecinał w oczach królewskich. Wojciech Brudzyński 6 zbrojnych husarów do góry podniósł.
   Kasztelan zakroczymski Tomasz Olędzki 5 talarów bitych jeden na drugiem położonych, rozpłatał szablą. Marcin Brzozowski w ziemi gostyńskiej tańczył z pełną beczką piwa.
   Stanisław Ciołek brat wojewody mazowieckiego, dzieckiem jeszcze będąc, po jednym rówienniku na ręce piastował, dorósłszy drzewo, którego 20 ludzi nie mogło podnieść, sam do młyna zaniósł i dzwon od 40 ludzi niepodniesiony na wieżę wyciągnął, 2 podkowy razem złożone łamał, szabel 12 związanych za końce wziąwszy jedną ręką z ziemi podniósł.
   O nim te jeszcze znajdują się szczegóły w rękopismie Zamojskim w Puławach: miecz jak powróz skręcał, węgieł w łaźni i ścianę wywalił, kadź wodą napełnioną do góry dnem wywracał, noże wielkie i grosze 2 palcami łamał, z drzewa surowego kiedy je ścisną sok pociekł, łyka bartników zrywał jak nici, kusze najtęższe samemi tylko rękami i nogami bez pomocy narzędzi wszelkich naciągał, z koła krótką szablą oznaczonego 12 ludzi sznurami nie mogło go ściągnąć: on szarpnąwszy nagle, sznury potargał, ludzi powywracał.
   Podczas wesela króla Kazimierza w Pradze z czeską wdową z Bogatna (Rokiczaną) Czecha silnego, chcącego go udusić tak ścisnął, że ducha wyzionął. Umarł 1356 kiedy Tatarzy Włodzimierz opanowali, będąc posłany od króla Kazimierza opanować ten zamek.
    I kobiety polskie niekiedy się niezwykłą okazywały. Cymbarka księżniczka mazowiecka, palcem jednym tłukła orzechy laskowe i włoskie, gwóźdź wbijała w ścianę.
   Lacki Teodor, pisarz polny za Zygmunta III zwiedził całą Europę, nadzwyczajnej siły w Malcie, Wenecyi i innych miejscach dał dowody, linię grubą od razu zrywał, kilku ludzi trzymających się ściśle jedną ręką od razu obalał, powóz poszóstny z góry rozpędzony, za koło porwawszy jedną ręką wstrzymywał; dąbka byleby mógł objąć ręką z korzeniem z ziemi wyrywał, dzikiego wołu schwyciwszy za rogi rzucał nim o ziemię i kark mu skręcał, chłopa stojącego nosił na dłoni.
   Taką miał przytem zręczność, iż oparłszy się o ścianę potykał się z kilkoma osobami razem, łuk ciągnął, że równego mu nie było.
   Kostka Maciej 7 mężów opierających się, w którą chciał stronę posunął lub popchnął, kruszył podkowy, półtalary, postronki zrywał, talie kart bez trudności rozdzierał.
   Wiesiołowski Piotr na końcu XVI wieku żyjący, siedząc na koniu, płatwy się ująwszy, podniósł go od ziemi, powozy wstrzymywał, żubra na oszczepie osadził, który już na Zygmunta Augusta miał uderzyć.
   Kopczak piwniczy Branickiego kasztelana krakowskiego Bruhla karetę zagrzęzłą, której 6 koni rady nie dało, sam wyciągnął.
   Żyje dotąd w podlaskiem szlachcic Mysłowski, który 5 orzechów laskowych w kółko na stole położonych, tłukł uderzeniem czoła.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Strach na cmentarzu. Sanok 1907 rok.

Notka 38

   W miejscu, gdzie dziś stoi kasarnia obrony narodowej, był jeszcze przed 30 laty stary cmentarz, już wtedy nieużywany. Cmentarz był nieogrodzony, więc w poprzek niego prowadziły liczne ścieżki dla skrócenia drogi. W pobliżu mieszkał piekarz Flach. Ten raz wieczorem wysłał swoją córkę po drożdże do browaru, który stał na wójtostwie. Dziewczyna, chcąc sobie skrócić drogę, udała się ścieżką przez cmentarz, a zakupiwszy drożdże, wracała tą samą drogą. W połowie cmentarza zobaczyła nagle blizko ścieżki klęczącą czarną postać.
   Przyszedłszy bliżej, poznała, że to ksiądz, który się modli. Ponieważ wtedy starało się o nią kilku kawalerów, myślała więc, że to jeden z nich się przebrał, aby ją nastraszyć. Podchodzi więc z tyłu do niego i ze słowami "będziesz ty mię tu straszył", zdjęła mu z głowy nakrycie i przychodzi do domu. W domu opowiada, co ją spotkało, i pokazuje, co przyniosła. a to był księży biret. W nocy we śnie zjawia się przed nią ten sam ksiądz i mówi do niej: "Przynieś mi biret, skądeś wzięła, bo inaczej twoja śmierć!" Dziewczyna, przebudziwszy się, opowiedziała o tem ze strachem rodzicom.
   Poszli więc poradzić się księdza, co mają czynić. Ksiądz poradził, że trzeba biret odnieść. Dziewczyna się wyspowiadała, a ksiądz dał jej stary ornat, którym się miała okręcić.
   W towarzystwie więcej ludzi udała się wieczorem na cmentarz. Ludzie zatrzymali się na skraju, a ona w ornacie i z biretem w ręku poszła w to miejsce, gdzie się jej ten ksiądz okazał. Widzi, że on klęczy, podchodzi więc z tyłu do niego, kładzie mu biret na głowę i ucieka. Ten jednak także wstał i zaczął ją gonić.
   Chwycił z tyłu za ornat, który z niej spadł, a ona przerażona uciekła do ludzi, czekających na nią.
   Rano poszli w to miejsce zobaczyć i znaleźli same szczątki z ornatu, który martwiec porozdzierał. Dziewczyna jednak ze strachu zachorowała i na trzeci dzień umarła.

niedziela, 18 stycznia 2015

Czarny koń.Ruczany 1887 rok

Notka 37



   W majątku Ruczanach, parafii Waszkowskiej (Konstantynowskiej), w Poniewieskim powiecie, przed siedmiu czy ośmiu laty miało miejsce takie zdarzenie. Było to zimową porą, w nocy. Mieszkańcy Ruczan, majątku odległego o trzy wiorsty od Konstantynowa (Waszkai), powracający stamtąd w sankach, spotkali czarnego konia, który się ni stąd, ni zowąd znalazł w blizkości tego majątku przy "odrynie". Koń ten, zaprzężony do sanek, biegł za niemi i tak silnie nacierał, że lazł aż do ich sanek. Potem raptownie zniknął.

   Od pana W. M. z Ruczan, w parafji Waszkowskiej, powiat Poniewieski. 13 10 1887 rok.

Fabrykantki aniołków. Lwów 1905

Notka 36

   W czerwcu 1887 roku August Rohmer, ogólnie szanowany lekarz miejski, składa doniesienie na nie mniej niż trzydzieści cztery kobiety, które podejrzewa się o fabrykowanie aniołów.
   Policyjne dochodzenie potwierdza jego obawy. Wystarczyło zająć się tą sprawą, by od razu wyszły na jaw druzgocące fakty. Wygląda na to, że każdy w Czerniowcach wie, do kogo się zwrócić w takiej potrzebie, i tylko właściwe ku temu urzędy zdają się tego nie zauważać. Klientela wytropionych przez doktora Rohmera producentek aniołów, jak się okazuje, pochodzi w większości z Galicji: są to najczęściej młode Żydówki, które w tym celu wyjeżdżają do sąsiedniego królestwa, aby z dala od domu i ciekawskich spojrzeń sąsiadów "zakończyć ostatni akt potajemnego romansu i pozbyć się jego wstydliwego owocu", jak to kwieciście sfornułował w swym artykule "Kuryer Kołomyjski".
   Pod pojęciem producentki, albo raczej "fabrykantki aniołów", jak przyjęło się to w Polsce nazywać, rozumiano wtedy - w każdym razie na północno-wschodnich obrzeżach monarchii - coś zupełnie innego niż dzisiaj: określenie nie odnosi się do kobiety, która, przeprowadza nielegalną aborcję, lecz do kogoś, kto bierze rzekomo pod opiekę cudze dzieci, żeby się ich w rzeczywistości, możliwie jak najszybciej, pozbyć raz na zawsze.
   Wszyscy biorący w tym udział, zarówno samotne matki, jak i rzekome matki, wiedzą, o co chodzi: dziewczyny, zostawiając dziecko tuż po urodzeniu, płacą jakąś śmiesznie niską cenę i ulatniają się raz na zawsze. "Pozbawiona cech ludzkich opiekunka głodzi dziecko na śmierć i chowa do kieszeni pieniądze".
   Produkcja aniołków nie jest patologiczną specjalnością Bukowiny, także w Galicji, zwłaszcza na peryferiach miast i na wsiach, trudni się tym fachem wiele kobiet. Ponieważ wskaźnik umieralności dzieci w najuboższych warstwach społecznych jest również w normalnych warunkach bardzo wysoki, proceder przez długi czas pozostaje niezauważony. Przyczyną tego może być wszakże i to, że władza nie przejawiała zainteresowania przypadkami socjalnej nędzy i nie podejmowała energicznych kroków w celu jej zbadania. Któż mógł więc rozstrzygnąć, czy niemowle zostało zaglodzone, ponieważ matka lub mamka nie była w stanie wykarmić dziecka z powodo fizycznej niemocy albo wycieńczenia, czy też przyczyniła się do tego powodowana złymi zamiarami opiekuna?
   Niektóre kobiety, jak na przykład Anna Kowal z ulicy Janowskiej we Lwowie, żona hamulcowego na kolei państwowej, przyjmują do siebie po kilkoro dzieci naraz, żeby im się to finansowo opłacało. Kiedy policja, która wpadła na ten trop dzięki anonimowemu donosicielowi, prowadzi rozeznanie, zastaje u pani Kowalowej czworo dzieci, troje cudzych i jedno własne. Podczas gdy jej własna latorośl wspaniale się rozwija, troje przyjętych pod rzekomą opiekę niemowląt jest skrajnie niedożywionych i swym wyglądem przypomina żywe szkielety.
   Jeśli głód nie przynosi wystarczająco szybko zamierzonych rezultatów, trzeba mu dopomóc. I tak Marjam Blum ze Lwowa, jak twierdzą sąsiedzi, wystawia regularnie nago na największy mróz powierzone jej na anioły dzieci, aż zrobią się zupełnie sine, co faktycznie zawsze powoduje nagłą śmierć. Również na Marjam Blum policja natyka się dopiero po anonimowej informacji - miejscowy lekarz za każdym razem wystawia świadectwo zgonu, niewiele się nad tym zastanawiając.
   W pojedynczych przypadkach fabrykantki aniołków chwytają się także bardziej drastycznych metod,co robi na przykład Paranka Maksymischin, czterdziestoletnia chłopka z wioski Wielkopole koło Janowa, której w maju 1890 roku wytoczono we Lwowie proces.     Według ustaleń urzędu od wielu już lat zajmowała się fabrykowaniem aniołów, zarabiając w ten sposób na życie. Niektóre matki nie miały dość pieniędzy, by należycie zapłaciś jej za usługę, a Paranka, nie chcąc czekać, aż pozostawiony osesek całkowicie się zagłodzi, skracała ten proces. I tak trzynastomiesięcznemu dziecku niejakiej Lei Munz wepchnęła do gardła zawiniętą w szmatę garść szpilek sosnowych, żeby się w mękach udusiło. Potem wrzucała małe ciałko do pobliskiej rzeki.
   Parankę Maksymischin sąd przysięgłych skazuje na karę śmierci przez powieszenie i zaraz potem zostaje stracona.
   Produkcji aniołków nie da się tak łatwo wytępić, ma to bezpośredni związek z wielką galicyjską nędzą, która nęka w równym stopniu Żydów i  Rusinów.. Bertha Pappenheim podczas swej podróży po Galicji nieustannie styka się z tym problemem: 

" Jest też stosunkowo duża liczba dzieci rodzonych przez żydowskie dziewczyny, które zostawia się często u chłopek na fabrykowanie aniołów."
   Nieszczęsne matki nie robią tego na ogół dobrowolnie, w większości przypadków ulegają presji rodziny albo są wręcz zmuszone do oddania dziecka obcej kobiecie, która oferuje, że raz na zawsze usunie ów dowód hańby. Często jednak to nie strach przed pohańbieniem prowadzi je do fabrykantek aniołów, lecz przeraźliwa bieda: w niektórych wielodzietnych rodzinach, niemogących liczyć na żadną pomoc, ani państwową, ani gminną, nie ma możliwości wyżywienia kolejnej osoby.
   Równie często zdarza się podrzucanie niechcianych dzieci. Prawie codziennie lokalne gazety donoszą o znalezieniu żywego lub martwego niemowlęcia, w kościele, na klatce schodowej, w parku, na ulicy.
   Porzuca się nie tylko niemowlęta, podobny los spotyka również starsze dzieci. Dwudziestego drugiego listopada 1887 roku przy rozstaju dróg na przedmieściu Lwowa, w Zniesieniu, znaleziono mniej więcej dwuletniego, jasnowłosego chłopca o bladoniebieskich oczach; nie mial ani koszuli, ani spodni, tylko niebieski kaftanik w białe prążki, oprócz tego jedynie dwie chustki do nosa w kwiecisty wzorek. Chłopiec zostaje umieszczony u pewnego małżeństwa ze Zniesienia, obiecują się nim zająć. Tego samego dnia na ulicy Gródeckiej, przy drodze wylotowej do Gródka i Przemyśla, zauwarzono, jak do pewnej kamienicy wchodzi z zawiniątkiem w ręce jakaś obca młoda kobieta. Kiedy dozorca pyta, do kogo chciała się udać, tłumaczy mu, że źle się czuje i chce tylko trochę odpocząć. Chwilę potem nieznajoma, już bez zawiniątka, opuszcza dom. Dozorca nabiera podejrzeń i zatrzymuje kobietę. Na klatce znajduje ośmiomiesięcznego zdrowego jak rydz chłopczyka. Prowadzi matkę na posterunek policji, gdzie ustala się jej tożsamość: nazywa się Małgorzata Falkiewicz i mieszka przy ulicy Polnej we Lwowie. Mówi że dziecko podrzuciła z powodu swojej beznadziejnej sytuacji, w nadziei, że znajdą je i wychowają jacyś dobrzy ludzie. Ma 32 lata, jest samotna, z zawodu krawcowa, ale od dłuższego czasu bez pracy, nie ma rodziny, na której pomoc mogłaby liczyć, do tego chowa jeszczę czwórkę innych dzieci, "a jedzenia starcza zaledwie dla dwojga".
   Nierzadko samotną matkę wyprawiają w świat po urodzeniu dziecka, możliwie jak najdalej od domu, jej właśni krewni, chcąc w ten sposób ukrócić złośliwe plotki - ulubionym celem jest Ameryka. Jeśli to możliwe, wysyła się ją tam do krewnych lub znajomych, którzy za oceanem postawili już jedną nogę i pomogą nowo przybyłym rozpocząć nowe życie, a może nawet znaleźć męża. Kobiety pośród emigrantów ciągle jeszcze są w mniejszości, co podnosi ich szanse na zamążpójście. Wymuszona emigracja przez wielu jest traktowana jako wypróbowany sposób na zachowanie rodzinnego honoru i uniknięcia kpin otoczenia.
   Często z usług fabrykantek aniołów korzystają także prostytutki, aby, na ogół pod naciskiem sutenerów, pozbyć się kłopotliwego potomstwa. 

  

czwartek, 15 stycznia 2015

Pod cerkwią. Sanok 1907 rok.

Notka 34

   W miejscu, gdzie dziś dzwonnica cerkiewna, stała niegdyś szubienica, na której wyrokiem sądu grodowego skazanych na śmierć złoczyńców wieszano. Tutaj także "coś" straszy.
   Pewien mieszczanin z wójtostwa wracał do domu późno w nocy i ujrzał na gościńcu naprzeciw cerkwi psa czarnego. Pies ten w miarę jego zbliżania się zaczął róść w górę i wydłużać się tak, że wkrótce długością swoją zajął w poprzeg całą ulicę; przytem wydawał dziwny pomruk i brzęczał łańcuchem. Mieszczanin tak się przeraził, że czem prędzej zawrócił i innemi ulicami dostał się do domu.
   Pewna znowu kobieta widziała wieczór wybiegające z pod dzwonnicy białe króliki, które się zaraz gdzieś podziały, jak się tylko przeżegnała. Były to dusze pokutujących straceńców.

środa, 14 stycznia 2015

Górale okolic Żywca.1828 rok.

Notka 33


    Upiory tam czasem chodzą po szopach, ale tylko młodym kobietom się objawiają. Często jednak stróże nocni łapią upiora, który się musi dobrze gromadzkim urzędnikom okupić lub egzorcyzm wycierpieć. O opętanych nigdy tu słychać nie było, lecz w 1828 roku we wsi Łodygowie przywałęsał się zkądś dawnego etatu Belzebub czy Asmodeusz, i wcielił się bez ceremonii w starą babę, czego nikt mu nie zazdrościł, ani go ztamtąd wyforować myślał. Ale starsi wsiowi, nie znajdowali tego wszystkiego w porządku; chcąc odnowić dawne operacye tak ulubione, jęli ją egzorcyzmować, zamknąwszy się z nią w kościele. Ludzie około kościoła stojący słyszeli ze strachem dziwne ryki i jęki; odpędzili do domu żony i córki, żeby sobie dyabeł której nie upodobał. W tem brzękła w kościele szyba, i wyleciał w postaci wróbla z wielkim przerażeniem obecnych, którzy uciekli, i ledwie zdołali się w karczmie opamiętać. Może w skutek tego dwaj bracia rodzeni poddani mojej włości, profesyi kowalskiej, ludzie dobrych obyczajów, powrócili z owej misyi obłąkani, i takimi do śmierci pozostali. Słychać było, że i po innych wsiach zaszły podobne wypadki.

Wisielec, Paryż,1854 rok.

Notka 32

   Pewien cichy i z łagodności swego charakteru znany kramarz miał zwyczaj, zamknąwszy w niedzielę swój handelek, łowić sobie ryby w Sekwanie i nadzwyczaj uszczęśliwiony wracał do domu, jeżeli mu się udało kilka złowić płotek. Ale pewnego razu oddając się tej nader ekonomicznej czynności, usłyszał głos wołający do niego, jak gdyby z wody: "Anzelmie, powieś się, powieś, mój kochany!" Oglądał się na wszystkie strony, lecz nie widząc nikogo, schwytał na nowo za wędkę, lecz znów owo "Anzelmie, powieś się!" na niego wołało. Zniecierpliwiony zaczął szukać po nadbrzeźnej wiklinie, czy się w niej jakiś żartowniś nie ukrył: ale jak tylko na swe dawne powrócił miejsce, zaraz mu te same głosy dochodziły do uszów. Tu strach go już przejął, bo oczywiście miał z djabłem do czynienia; a chociaż go powszechnie za poczciwego znano człowieka, to jakżeby to było, ażeby paryski kramarz nie miał czegoś przecie na sumieniu. Fałszywe wagi, drobne zdzierstwa i ukrzywdzenia stanęly mu na myśli, a do tego jeszcze skąpstwo i gderactwo w swoim własnym domu. Zabrał się wśród tego i śpieszyl zamyślony do miasta, gdy naraz podniósłszy oczy, ujrzał wisielca bujającego się na pobliskim drzewie i patrzącego okropnie na siebie wybiegłemi na twarz oczyma. Tego już było za nadto: uciekł więc co siły i przybiegłszy w największym nieładzie do domu, całe to zdarzenie opowiedział żonie. Słysząc to biedna kobieta sądziła że mąż zachorował nagle i pobiegła poszukać lekarza. W pół godziny powróciła też z nim razem; lecz znalazła już męża wiszącego na środkowym od świecznika haku.

Mason i sobowtór. Kaszuby 1934 rok.

Notka 31

   Przez związek z diabłem uzyskuje swe siły nadprzyrodzone mason (fremer). Wstępując do masonerjii, musi on skryptem pisanym krwią własną zapisać duszę djabłu i przeleżeć następnie noc jedną w trumnie. Jeżeli w tym czasie nasuną mu się jakieś wątpliwości, zabije go spadający z sufitu miecz. Jeżeli przetrwa próbę, prowadzi się go z zawiązanymi oczyma do długiego czarnego stołu, na którym stoi pewna ilość złotych misek. Jedną z nich musi wybrać, a zawartość ich stanowi o przyszłym jego losie: chęci do budowania, bogactwie, ubóstwie, zawszeniąś musi on ślubować zachowanie tajemnicy, jeżeli zaś zdradzi którąś z tajemnic wolnomularzy lub poczuje żal, że do nich przystał, wówczas portret jego zacznie się pocić a masoni przekłują portret mieczem lub wykłują mu oczy szpilką i człowiek ten umrze nagłą śmiercią, albo też wezwie się go na sąd i wyda w ręce djabła. Przez związek z djabłem osiąga mason dar równoczesnego znajdowania się w dwóch miejscach, albo, jak inni twierdzą, djabeł przyjmuje jego postać i zastępuje go w jednem miejscu, gdy on sam znajduje się gdzieindziej. Masoni poznają się po specjalnym uścisku dłoni. Gdy umowa z djabłem upłynie, można ją przydłużyć, jeżeli mason pozyska innego człowieka, który po określonym czasie zapisze duszę djabłu. Po upłynięciu terminu djabeł obu porywa. Dusza masona jest własnością djabła, ale może on się uratować, jeżeli mu ktoś w godzinę śmierci poda różaniec lub szkaplerz, którym może się bronić przed djabłem (Kaszuby północne).
   Na Kaszubach południowych nazywa się sobowtórem (sobotvor) człowieka, któremu djabeł na mocy podpisanego krwią kontraktu w czasie jego nieobecności dozoruje mienie.Sobowtór kończy zazwyczaj samobójstwem.

Widzenie w smole.1822 rok.

Notka 30

   Piotr Hamann, rodem Szwed, rozbójnik morski, za popełnione zbrodnie śmiercią ukarany został w Leith, roku 1822. Tak opowiadał o sobie:    "Zdarzyło się raz, że trzeba było zrobić na naszym okręcie jakieś nie wielkie naprawki, ale konieczne. Dla pośpiechu, sam wziąłem pędzel i zacząłem zamazywać smołą miejsca naprawione. Ale jakżem się przeląkł, gdy ujrzałem w zwierciadlanej powierzchni płynnej smoły, obraz szubienicy, a pod nią człowieka bez głowy. Odzież tego człowieka była bardzo podobna do mojej, a jego głowa leżała przy nogach, nieco na boku. Ze strachem odskoczyłem krzyknąwszy i opowiedziałem com widział tym, którzy zbiegli się na mój krzyk. Wielu z nich zajrzało w smołę, i każdy z nich ujrzał toż samo co ja: tylko człowiek bez głowy miał odzież tego człowieka, który przypatrywał się smole. Wszyscy patrzący przelękli się jeszcze bardziej niż ja i nabawili towarzyszy takiego strachu, że nikt przystąpić nie śmiał do strasznego miejsca, które zakryli żaglem. Nazajutrz moi majtkowie uspokoili się, i wysmolili wszystko co potrzeba, i już nie widzieli wczorajszego widzenia. Ale ja odtąd nie mogłem patrzeć na płynną smołę, gdyż za każdą razą ponawiało się widzenie, zapowiadające przyszłość mnie i mojej osadzie."
   Rozbójnik nie miał potrzeby kłamać i zmyślać opowiadanie, jeśliby nie zdarzyło się mu podobne widzenie. Mówił o niem, na godzinę przed śmiercią, swemu spowiednikowi, wynurzając znaki szczerego, chociaż późnego żalu.
   Wiadomość o tem wyczerpnięta z broszury spółczesnej, wydanej w języku hollenderskim.

wtorek, 13 stycznia 2015

Dziecię elektryczne,następna historia...1869 rok.

Notka 29

   Wychodzące we Francyi pismo pod nazwą Le Memorial de la Loire podaje następujące szczegóły o dziecięciu, objawiającem nie słychane dotąd zjawiska elektryczności.
   Doktor C. z Lyonu w towarzystwie dwóch swoich kolegów, udał się do St. Urbain i tam był świadkiem zgonu młodego chłopczyka. Ostatnie jego chwile były szeregiem niepojętych fenomenów.
   Na dwa tygodnie przed śmiercią, objawy świetlanej elektryczności okazały się tak silnemi, że nawet ludzie nauki zachodzili w głowę. Stać blisko kolebki było niepodobieństwem, a wstrząśnienia, jakich doznawały osoby zbliżające się, były niekiedy tak silnemi iż przewracały je na ziemię. Dwa koty domowe i pies, przestraszone tem symptomatami uciekły.
   Ten stan rzeczy wzmagał się z każdym dniem, z każdą godziną, aż do ukończenia choroby to jest do dnia 8 bierzącego miesiąca. O jedenastej w nocy, dziecię zasnęło snem wiecznym bez najmniejszego przesilenia ani konwulsyj: łagodnie, spokojnie, jak gdyby zasypiało, podczas, gdy w pokoju nie tylko ludzie, ale i rzeczy, jakiemuś nadzwyczajnemu ulegały dzżeniu.
   Ujrzano wtedy, w chwili konania wydobywające się z umierającego dziecięcia strugi świetlane, co najmniej trzy razy silniejsze niż przedtem, co trwało kilka minut po wydaniu ostatniego tchnienia.
   Wszyscy obecni, nie wyjmując lekarzy, odeszli głęboko zamyśleni nad niesłychanem widowiskiem, jakiego byli świadkami.
   Nie wiadomo dotychczas, a przynajmniej pomiędzy ogółem publiczności na jaką chorobę umarł mały Fariez( tak zwało się dziecko). Może być że doktor C. wyjaśni to w swojem sprawozdaniu.
   Lekarze, jak się łatwo domyślać można, prosili o upoważnienie do zabrania ciała, dla zrobienia sekcyi i dojścia przyczyn zjawiska. Rodzice jednak tego nie dopuścili i pogrzeb odbył się swoim porządkiem.
Dziecię to urodziło się w dniu 12 lutego bieżącego roku, a umarło 8 bieżącego miesiąca. Żyło zatem blisko dziesięć miesięcy.
   Niechajże teraz nauka wyjaśni, jeżeli potrafi, tę ciekawą zagadkę.

Płanetniki, Ropczyce, Rok 1906.

Notka 28

   Płanetniki (płonętniki) są to ludzie, którzy przenoszą chmury i mają moc nad niemi.
   "Kiedy znieśli pańskie, chciały chłopy posać na pańskim lesie, jak dawni, ale pon im nie chcioł dać i kozoł se płacić za to. Ino jeden chłop rusnok powiedzioł mu, że ón nie zapłaci a bedzie posoł. Pon się go pyto, dlacego, a ón mu na to, ze ón broni od gradu. W tedy pon chcioł się o tem naocnie przekonać i kozoł mu do swoich stawów nasypać tyla gradu, coby był wyży brzegów, a wtedy mu do posać. Chłop godo, ze stawach są ryby, ale pon mu nie kozoł na to uwożać ino sypać grod. Niedługo wysła niewielgo chmura i jak nie zacnie grzmić i grod sypać, tak ci nasypoł do tych stawów na dwa łokcie wyży brzegów i wszystkie ryby podusił. Ale chłop już odtąd posoł na pańskim lesie za darmo".
   Płanetnikami nazywają też ludzi, którzy dłużej nie mogą na jednem miejscu usiedzieć, lecz ciągle są w drodze.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ostatni Aztekowie współcześni. 1904 rok.

Notka 27

   Od dawna sądzono powszechnie, że ze wspaniałej rasy Azteków, tych, którzy stworzyli potężną i oryginalną cywilizację, zniszczoną później przez "conquistadorów" Europy, nie pozostało ani śladu. Tymczasem 42 lata temu misya amerykańska odkryła w wiosce indyjskiej, Ixmaya, dwie istoty ludzkie, wychowywane w starej świątyni, na wpół już leżącej w ruinach. Amerykanie, znalazłszy w nich rysy antropologiczne, właściwe jedynie tylko Aztekom, za wszelką cenę postanowili zawładnąć osobliwszą parą. Wreszcie wykradli ich siłą i sprowadzili do Nowego Jorku. Na żądanie królowej Wiktoryi Aztekowie Maximo i Barthola, połączyli się związkiem małżeńskim w Windsorze (r.1866), ale nie mieli żadnego potomstwa. Z ich śmiercią więc resztki rasy Azteków zginą na zawsze.

 

Kotły z pieniądzmi. 1939 rok.

Notka 26

   Koniecznie kociołki, a nie żadne inne naczynia. Gdy wojny pustoszyły Biecz, gdy go zarazy wyludniały, a kas nie było, wtedy pieniądze często zakopywano. Wielu później tych pieniędzy szukało. Niedawno, gdy piekarz Janusz budował swoją kamienicę, robotnicy jego znaleźli zawiniątko ze srebrnymi pieniądzmi, zdaje się cwancyngierami zawiniętymi w gumie. Rozdarto te pieniądze tak, że ani jednego nie zobaczyłem. U Kukułów mieszkających tam gdzie dom Białkowskich, była bieda wielka. Otóż ten Kukuła odkopał pono powiada Zajdlowa, "kociołek z pieniędzmi". Od ich domu idzie piwnica ku świętemu Florianowi. W niej, gdy ktoś o ścianę uderzył to brzęczało. Najął robotników i zaczęli kopać. Gdy usłyszeli brzęk, pod pozorem, że tam woda bulczy, że tam studnia, robotników oddalił i pieniądze sam odkopał. Jeździł potem na Węgry pieniądze mieniać, i gdy przedtem był tak ubogi, że nie miał za co kupić ćwiartki kukurydzy i do Lignara chodził pożyczać, to potem kupił folwark. Tomczyńskiemu też diabeł wskazał miejsce gdzie jest ukryty kociołek.Mitoraj na przedmieściu a inni mówią, że w Szerzynach "kociołek" odkopał a Zosia jego córka była bardzo bogata i piękna. Za pamięci Zajdlowej, Dziegciowski z kilku innymi kopali na górze zamkowej szukając kociołków, lecz nie znaleźli.
   Trzeci dom na zachód od bożnicy należał do żyda Pery a przedtem był własnością biskupów, podobnie jak dom Gotza. Legenda mówi, że Gotz odkopał tam w piwnicach ukryty przed nieprzyjacielem skarbiec kościelny: wota, monstrancje et. cet. Wszystko stopił, lecz szczęścia mu to nie przyniosło. Córka mu zwariowała, syn ogarbiał i młodo umarł.

Świat przyszły w wyobrażeniach ludu żydowskiego w Polsce. Rok 1902.

Notka 25

   " Kiedyś nastąpi wielka, straszna wojna (Żyd tak się boi tej wojny, że woli nie doczekać przyjścia Mesyasza, byleby tylko w tej walce nie brać udziału). Wszystkie ludy bić się ze sobą będą. Przyjdzie Gogimugik (albo Gog-magog), olbrzym, wysoki jak od nieba do ziemi i bić będzie żydów.
    Teraz śpi ten Gogimugik w pustyni, ale gdy nadejdzie pora, to się przebudzi.
    Bóg ześle na pomoc żydom Mesyasza, syna Józefa, ale Gogimugik go zabije.
    Gdy większość żydów polegnie, to przyjdzie drugi Mesyasz, syn Dawida; ten powali Gogimugika i położy koniec walce.
    Zernbabel, syn Falfiela, zmówi pacierz za poległych, który to pacierz wszyscy, nawet grzesznicy w piekle, zakończą słowem "amen". Wywoła to wielką wrzawę. Aniołowie doniosą Bogu, że najgłośniejsze "amen" pochodzi z piekła i Bóg zmiłuje się. Aniołom Michałowi i Gabryelowi odda klucze od wrót piekielnych i rozkaże wypuścić grzeszników, poczem archanioł Michał zatrąbi; "odżyjcie umarli".
    I zmartwychwstaną wszyscy i Mesyasz poprowadzi ich do Jerozolimy. Kości w grobie toczyć się będą pod ziemią, aż się dowloką do świętego miasta.
    Zanim przyjdą do ziemi obiecanej, będą musieli przejść przez dwa mosty: sprawiedliwi wszystkich ludów pójdą po papierowym moście, zaś grzesznicy i wrogowie żydów - po żelaznym. Pierwsi dostaną się na drugą stronę, bo aniołowie most ich podtrzymywać będą, drudzy, t.j. grzesznicy, zapadną się w morze.
    W Jerozolimie połączą się żydzi z pokoleniem Mojżesza, t.zw. czerwonymi żydkami, ludem rosłym i pięknym (Inni mówią, że czerwoni żydkowie są mali, ale piękni i silni), żyjącym za rzeką Sambatyą. Ludek to szczęśliwy bardzo, nikt u nich nie umiera, a gdy kto z nich ma ochotę umrzeć, to idzie za miasto, kładzie głowę na pewnym kamieniu i umiera. Teraz czerwoni żydkowie przejść rzeki Sambatyi nie mogą(Jedni powiadają, że gdyby kto zdołał zbliżyć się do Sambatyi, to Mesyasz zaraz by przyszedł, drudzy mówią, że byli tacy, co przeszli tę rzekę.), bo zionie ona ogniem i kamienie z siebie wyrzuca, w piątek wieczorem i w sobotę przycicha, ale gdy Mesyasz, syn Dawida, przyjdzie, Sambatya na zawsze się uspokoi.
    I wyprawi Mesyasz wielką ucztę, na której uraczy wszystkich mięsem olbrzymiego wołu (zwie się wół ten: szor-ha-bor), pasącego się od początku świata na łąkach raju; rybą lewiatanem, która żyje we wszystkich wodach i - winem przygotowanym jeszcze przez Adama, a przechowywanem w piwnicach raju.
    Król Dawid, pobłogosławi wszystkich ucztujących, a aniołowie usługiwać im będą.
    Zapanuje powszechna szczęśliwość. Wszyscy kochać się będą, wszyscy będą sobie równi. Ziemia gotowe placki rodzić będzie.
    Stanie napowrót świątynia, lud składać będzie ofiary Bogu, a gdy kto zgrzeszy, to zaraz będzie wiedział, kiedy grzech został mu wybaczony. Życie będzie wieczne, zły duch będzie zabity, a siły nieczyste wygnane ze świata."

Zamek w Sanoku. 1907 rok.

Notka 24

   Jak każda stara budowla, tak i zamek sanocki, położony na skalistej górze tuż nad Sanem, kryje według mniemania wielu w swojem wnętrzu dziwne tajemnice. Ma on także swoje duchy, które o północy wychodzą z jego głębokich lochów i jęcząc, straszą trupim obliczem przechodzących ludzi. W podziemnych lochach, ciągnących się aż do zwalisk Sobieńskiego zamku w Załużu i do ruin pokarmelickiego klasztoru w Zagórzu, słyszeć się nieraz daje chrzęst żelaza i dziwne szmery. Mają tam być także ukryte ogromne skarby, których "złe" strzeże.
   Dawniej widywano, jak nieraz o północy wyjeżdżał z podwórza zamkowego powóz, zaprzężony w cztery czarne konie, a w nim siedzieli: mężczyzna i kobieta, oboje w czarnym stroju. Powóz ten zajeżdżał na stary cmentarz klasztorny Najświętszej Panny Maryi (gdzie dziś magazyn wojskowy naprzeciw sądu) i tam znikał.
   Kobieta ta za życia była żoną burgrabiego zamkowego, lecz schwytana na wiarołomstwie została wraz ze swoim uwodzicielem stracona. Dotąd dusze ich pokutują w tych miejscach, schodząc się razem.

Pasiecznik. Buczacz 1906 rok.

 Notka 23

   Pasiecznik jest to sobie mały chłopczyk, porządnie ubrany z czerwoną czapeczką na głowie i z fajką na długim cybuchu. Trzymają go bogaci gospodarze, aby im pilnował gospodarstwa, a szczególnie pasieki. Nazwiska jego nie wolno powiedzieć, a najbardziej gniewa się, gdy go kto nazwie czortem. Chłopi nawet w opowiadaniach o pasieczniku nie ważą się jego nazwiska powiedzieć, aby dyabła nie wywołać, tylko mówią o nim przez trzecią osobę mówiąc: "On".
   Pewien parobek dostał się na służbę do bogatego chłopa, o którym powiadano, że ma pasiecznika.
   Raz parobek nocował w pasiece, tymczasem "On" go zobaczył i zaczął na parobka dym z fajki puszczać. Parobek podniósł głowę i zobaczył maleńkiego chłopczyka, który mu się z ciekawością przypatrywał. Rozgniewany parobek porwał cep i nuż za nim gonić po pasiece, lecz "On" jak kuna uciekał po wszystkich kątach. Parobek bił ciągle cepem i mówił: "Raz,raz,raz", a był to mądry parobek, bo gdyby był powiedział: "Dwa", byłby mu "On" głowę urwał. Gdy się parobek zmachał, spostrzegł z przerażeniam, że stodoła się pali, a tu nie ma którędy uciekać, aż tu zobaczył okno tarniną założone. Wyrwał tedy czemprędzej tarninę i uciekł przez okno, patrzy, a pasieka jak stała tak stoi, tylko przestraszone parobczysko ręce sobie pokaleczył. Nie dość na te, zaczął uciekać do domu, ale "On" drogę mu na bagna skierował. Parobek wpadł do błota i byłby utoną, ale zobaczył światełko, a tatunio mu mówił,że "On" czasem w postaci światełka goni po bagnach i ludzi topi. Został tedy w błocie do samego rana, dopiero jak się rozwidniło,poznał gdzie był i wrócił do domu.
   U tego gospodarza było w stodole sześć beczek jabłek. Otóż parobek ten chciał raz sobie wziąć kilka jabłek, podniósł pokrywę, a tu "On" przemienił w "hadiukę" ta na parobka. Ten w nogi, ledwie ze życiem uciekł. Podziękował tedy za służbę, chociaż mu tam dobrze było.
   Gospodarz tedy przyjął do służby dziewkę. W jesieni robiono u niego miód do picia, a potem w Buczaczu żydom sprzedawano. Gospodarz mówi do dziewki: "Nie pij tego miodu, bo sobie narobisz kłopotu". Nie wiedziała ona, że nocną porą "On" dolewał gospodarzowi do miodu mocy. Jakoś raz w niedzielę napiła się dziewka z beczki słodkiego miodu i wyszła na ogród. Patrzy, a to idą dwaj panicze w czerwonych czapeczkach i proszą ją do tańca. Muzyka rżnie od ucha, dziewce nogi zaczynają podskakiwać, a panicze koło niej hulają i cieszą się. Wtem ktoś krzyknął dziewce do ucha: "Maryanna uchwyć się wianka".
   Dziewka to zrozumiała i złapała za szkaplerz, co go miała na sobie. Patrzy a tu panicze uciekli, a ona z pokaleczonemi nogami w błocie siedzi. Nie chciała już więcej u tego gospodarza służyć.

Antoni Siewiński, nauczyciel w Buczaczu.

niedziela, 11 stycznia 2015

Nieboszczka ożyła. 1905 rok

   Notka 22

   Jedna kobieta bardzo słabowała, leżała długo w łóżku a potem umarła i zostawiła małe dziecko od piersi. Zaraz pierwszej nocy po pogrzebie przyszła do domu i nakarmiła dziecko i tak chodziła coś przez czternaście nocy. Wtedy jej mąż poszedł do księdza, opowiedział, co się działo i radził się,co ma robić. Ksiądz mówi: "Trzeba, żeby były dwa chłopy w domu i zaświecić świecę i postawić ją koło łóżka, koło siebie. Jeden niech leży w łóżku, a drugi niech siedzi przy świecy. Jak nieboszczka przyjdzie, to niech ją jeden chłop chwyci za prawe ramię". Jak ksiądz kazał, tak zrobili. W nocy nieboszczka weszła, ale skoro zobaczyła światło, chciała uciekać. Wtedy ją chłop przytrzymał za ramię i nie puścił aż do rana, chociaż wołała: "Puśćcie mnie, ja jeszcze tylko przez dwanaście dni będę przychodziła!". Rano przyszedł ksiądz i wyspowiadał ją a nieboszczka wtedy rozebrała się z tego wszystkiego, w co ją ubrali do trumny i żyła jeszcze potem przez dwanaście lat.

Opowiadała Rózia Ziuberówna.

Kościół Świętej Jadwigi w Trzebnicy na Szląsku. Wydano 1852 roku.

Notka 21

   O trzy mile od Wrocławia, w Szląsku, po prawej stronie Odry, napotyka się, w miłem między wzgórzami położeniu, niewielkie ale schludne miasteczko Trzebnica, dziś już zupełnie zniemczałe, sławne kościołem, w którym grób świętej Jadwigi się mieści.Kościół ten, wraz z okazałym klasztorem do niego należącym, założonym został przez Henryka Brodatego, męża świętobliwej Jadwigi. Podług tradycyi miał on kiedyś na polowaniu zagrząść z koniem w źródlisku tu się znajdującem, a niemając z niskąd pomocy, uczynił ślub, że jeśli się wyratuje kościół w tem miejscu wystawi. Źródlisko ono, ocembrowane studzienką, dotąd istnieje w piwnicy pod kościołem; pobożni pielgrzymi przyznają mu moc cudowną w uzdrawianiu chorób, a osobliwie ślepoty.
   Kościół wraz z klasztorem oddanym został zgromadzeniu Cysterek, hojnie przez założyciela uposażonemu.Gadka gminna opowiada że pierwsza zakonu tego ksieni, Pietrusza na imię, z Niemiec sprowadzona, gdy jej Henryk oddając klasztor zapytał czy jeszcze w nim czego nie trzeba, odpowiedziała: "trzeba nic" - zkąd wziąść się miała nazwa Trzebnicy. Wywód niezbyt dowcipny, a co gorsza nieprawdziwy, bo oczywiście nazwa ta od trzebienia zalegającego tu niegdyś lasu powstała.
    Dziś, po zniesieniu przez rząd pruski klasztorów i odebraniu na skarb bogatej fundacyi, przy kościele trzebnickim kilku tylko jest księży, z których jeden przynajmniej zwykle po polsku umie. Ciało Świętej Jadwigi leży w samym kościele, w okazałym z marmuru, ale niezbyt dawnej struktury, grobie; głowa jej przechowuje się w kosztownym i starożytnym relikwiarzu, uwieńczonym mitrą książęcą. Oprócz tej patronki w kościele tym znajdują się groby wielu książąt i księżn z rodziny Piastów.
    Ludność polska Szląska górnego i dolnego (koło Sycowa, Międzyborza, Milicza), tudzież powiatów wielkopolskich Szląskowi przyległych, w wielkiej czci chowa kościół trzebnicki i częste mi go pielgrzymkami nawiedza. pomiędzy tą to ludnością krąży następne, myślą, poetycznością i treścią wielce zajmujące podanie.
    "Za dawnych czasów przyszli raz byli pod Trzebnicę Turcy, z ogromnem wojskiem, domagając się ażeby Polacy przeszli na ich wiarę, a kościół na turecki zamienili. Polacy, choć ich była tylko bardzo mała garstka, nie chcieli na to przystać, ale zaczęli się bić. Bili się tak doskonale, że chociaż zaledwie jeden Chrześcijan był na dziesięciu Turków, pobili ich przecież wszystkich; ale cóż, kiedy i z Polaków jedyny jeden dowódca żywy został, a i ten śmiertelnie zraniony. Święta Jadwiga uprosiła wtedy u Matki Boskiej, że zranionemu dowódcy wróciła zdrowie, a wszystkim co za wiarę świętą polegli, śmierć na sen zamieniła. Leżą oni wszyscy, przez aniołów przeniesieni, wraz z bronią swoją, w ogromnej jaskini pod trzebnickim kościołem; rany ich się pogoiły, śpią twardo, ale żyją. Sam jeden dowódca nie śpi: w pośrodku lochu siedzi na kamieniu, z ogromną brodą, na pałaszu oparty, i odmawia różaniec".
   "Dawniejszemi nieco czasy jaskinia ta nie była bardzo głęboko pod ziemią, a jedna dziewucha, biorąc piasek, natrafiła raz na wejście. Weszła, aż obaczywszy owych rycerzy, zlękła się srodze, lecz dowódca przemówił do niej, żeby się nie bała, ostrzegł tylko żeby wychodząc nie poruszyła dzwonu u wnijścia wiszącego. Płocha dziewczyna umyślnie go poruszyła; i oto, na dźwięk dzwonu wszyscy wojacy schwycili się ze snu i stanęli pod bronią. Rozgniewany wódz, że wojsku jego sen przed czasem przerwano, zamknął się z niemgłębiej w ziemię, i odtąd nikt jaskini tej znaleźć nie może. Ale kiedy będzie wojna o wiarę, dowódca ów sam w dzwon uderzy, a śpiący rycerze wstaną, wyjdą na świat z bronią, będą walczyć i zwyciężać"

Wilczyca...1856 rok.

Notka 20

   (...)Następujący przypadek opowiada Boguet, a prawdziwy, tem dowodzi że go sam sądził, gdyż wydarzył się w jego sąsiedztwie.
   Sąsiad jego, pan zamożny, zaprosił na wieczerzę do siebie jednego ze znajomych myśliwych, gdy będzie z powrotem. Tymczasem myśliwy goniąc za zwierzem na łowach napotkał się naraz z ogromnym wilkiem, który się na taką nań rzucił natarczywością, że z wielką tylko trudnością ledwo się ocalił.W walce odciął kordelasem jedną łapę wilkowi, i schował ją na znak zwycięstwa do myśliwskiej torby. Gdy wracając zaszedł na zamek swego przyjaciela opowiedział mu swą przygodę, a na dowód sięgnął po łapę do torby. Lecz któż opisze ich zdziwienie, gdy miasto wilczej łapy ujrzeli naraz rękę ludzką, a nadto po pierścieniach na palcach poznał dziedzic zamku rękę swej własnej żony. Rzucono się więc natychmiast za panią zamku, znaleziono ją w ukryciu pozbawioną prawej ręki. Rozsrożony mąż kazał ją uwięzić i oddać w ręce sprawiedliwości. Nieszczęsna zeznała na torturach że jest wilkołakiem i poniosła śmierć na stosie.(...)

O Wielkoludach.1852 rok.

Notka 19

W okolicy Łomży, nad Narwią, miały kiedyś mieszkać Wielkoludy. Były one tak ogromne, że chłopiec dziewczynie swojej przez rzekę jabłko z ręki do ręki podawał. Kiedy bili się między sobą, stali jedni na prawym, drudzy na lewym brzegu Narwi, i ciskali na siebie kamieńmi, wielkimi jak koło młyńskie; jeden z takich kamieni, niedoniósłszy, padł w rzekę, i leży dotąd wśród wody. Przed kilkudziesięciu laty, kopiąc nad brzegami, znaleziono kości tych Wielkoludów i do kościoła oddano...

Wielki wąż morski. 1837 rok.

Notka 18
 
  We wszystkich czasach podróżnicy i badacze przyrodzenia wzmiankują w rozmaity sposób o wielkim wężu morskim, morza północne naznaczając mu za mieszkanie. O tem okropnem stworzeniu Pismo Święte w wielu miejscach wspomina, jak np. w pierwszej księdze Mojżeszowej, w proroctwach Izaijasza, oraz w księdze Joba. W starożytnej mytologii greckiej, jak niemniej skandynawskiej, ważne zajmuje on miejsce. Liwiusz historyk rzymski, mówiąc o wojnie punickiej  wspomina go; Ptolemeusz twierdzi, iż sam widział podobnego, jeszcze żywego, węża w Aleksandryi; Dyodor sycylijski o takimże powiada, co miał się na brzegach morskich znajdować, i całe trzody pożerał. Wzmiankuje też o nim Pliniusz w swej nauce przyrodzenia. Bardzo ciekawym jest opis tego potwora, jaki Belleforest w księdze pod nazwaniem "Opisanie świata" podaje. Podług niego, miał on być niezmiernej wielkości, odziany łuską, i nadzwyczajnie ruchawy. Uderzał na baty i małe okręty, kruszył je siłą ciała swojego i pożerał znajdujących się na nich ludzi.W chwili właśnie takiego zatrudnienia, przedstawia go nasz rysunek. Głowa jego podobna była do wilczej, z małemi w tył podanemi uszyma, i ogromnym w kształcie strzały zakończonym językiem. Dobroduszny Belleforest utrzymuje, iż on mógł zdruzgotać statek z taką łatwością, z jaką my orzech rozgruzamy. Lud norweski długi czas wierzył, a podobno teraz jeszcze wierzy, w bytność węża morskiego. Skaldowie czyli starożytni skandynawscy wieszcze, pieśni mu poświęcali; a jeden z późniejszych poetów, Piotr Dass; zostawił dokładne jego opisanie, które jest nader zajmującem i ciekawem. Powiada on, iż długość tego węża 600 stup dochodziła, i że był twardym pancerzem ze lśniącej się łuski odziany; głowa jego miała podobieństwo do końskiej, oczy iskrzące się, czarne, a ogromna grzywa tysiące iskier sypała. Język jego we wszystkich opisach w kształcie strzałowatym był przedstawiany. Dawne księgi zawierają mnóstwo rysunków, węża tego przedstawujących, które jednak, w pojedynczych częściach ciała od siebie się różnią, chociaż w istotnych jego przymiotach wszystkie się zgadzają. Znajduje się stare i nadzwyczajnie rzadkie dzieło, napisane przez niejakiego Hoppeliusa, pod nazwaniem: "Mundus mirabilis"; tam natrafiamy, że taki wąż morski w roku 1656 stycznia 6, po jednej powodzi w Norwegi się ukazał; następnie w rzekach Mios i Banz przebywał, i z tamtąd nakształt wielkiego statku napowrót do morza odpłynął. Wycie jego było tak przerażającem, iż gdy się w morzu pogrążył, natychmiast wszystkie ryby od brzegów odpłynęły; a przez kilka tygodni połów odbywać się niemógł, tak dalece, że rybacy w ciężkiej potrzebie zostawali. Nikt nie odważył się ze statkiem swoim na może wypłynąć, lub się po brzegu przechadzać, w obawie, aby przez okropnego węża napadniętym nie został. Według innych opisów, ten potwór na 200 stup był długi a 20 gruby; przebywał na jałowych skałach w bliskości miasta Bergen, z których przy świetle księżyca spuszczał się na doliny, i trzody pożerał; w końcu, odpłynął na morze, i tam statki ze znajdującymi się na nich ludźmi napastował. Był to tenże sam potwór, którego widzaiała osada okrętowa, co Pawłowi Egede w drugiej jego podróży do Grenlandyi towarzyszyła. Dnia 6 czerwca postrzegli majtkowie jakieś straszydło, które w pobliżu ich do wysokości wyrównywającej połowie masztu, nad powierzchnią morza się unosiło; miało kończatą głowę, z otworem u wierzchu, z którego potok wody wytryskał; płetw mu wprawdzie brakło, lecz w miejscu ich, nadzwyczajnie długie miał uszy, jakiemi niby skrzydłami uderzał, aby wierzchnią część ciała w prostej utrzymać postawie; pogrążając się do wody, tak się zwinął, iż chwilowe wszystkie łuskowate jego części postrzec się dały. Powiadają że później wąż podobny przy Orkadzkich ukazał się wyspach; jednak długość jego 80 stóp tylko dochodzić miała; szczególnie odznaczał się najeżoną grzywą, która jak utrzymują, o zmroku światło z siebie wyziewała. Szkoccy badacze przyrodzenia najwięcej się zajmowali tym morza olbrzymem, i nawet w dziełach swoich o histiryi naturalnej osobne mu naznaczyli miejsce, a licząc go do rodzaju ryb zwanego ludojadem, w gatunku noszącym imię największego umieścili. W późniejszych jeszcze czasach, bytność tego olbrzymiego wód mieszkańca, nowego wiaropodobieństwa nabyła; mianowicie z powodu osobliwszego zdarzenia, które się przed dziesięcią laty w Zjednoczonych stanach Ameryki północnej przytrafiło, i o jakiem miejscowe gazety, oraz jedno z pism czasowych angielskich, rozmaicie doniosły. Uprzednio jeszcze w zatoce Gloucesterskiej, wielokrotnie postrzegano jakieś niezwyczajne zwierzę; w roku zaś 1817 w miesiącu sierpniu, na odległość 30 mil od Bostonu, tak się wyraźnie pokazało, iż mu nawet dobrze przypatrzeć się można było. Powierzchowność tego zwierzęcia zupełnie postaci węża odpowiadała, przyczem ruchawość niezwykłą posiadał; podczas ciszy, i dnia jasnego, wypływał na powierzchnię morza, zwijał się w liczne pierścienie, i napowrót w glębiach się pogrążał. To zjawisko sprawiło w Ameryce wielkie wrażenie. Z tego cośmy dotąd powiedzieli, wyraźnie postrzegamy: iż między tym okropnym wód mieszkańcem, i owym potworem, o jakim głoszą norweskie podania, pewne podobieństwo i związek zachodzą, w czem jednak żeby dojść prawdy, wyobraźnię naszą na wodzy trzymać należy. Także utrzymują, iż całkiem podobne zwierze, pokazywało się w rozmaitych czasach na brzegach angielskich niedaleko Plymouth. Słyszano o nim mówiących wielu żeglarzy i rybaków,utrzymujących, iż tego potwora naocznie widzieli, a powieści ich wszystkich, bardzo się z sobą zgadzały. Przy tem uwarzać nalerzy, iż podobne zjawiska w nowszych czasach, wyłącznie się tylko przy amerykańskich i brytyjskich brzegach okazały.
   Jeszcze pod względem rzeczywistego, czy też urojonego bytu tego ogromnego mórz potworu, przytoczymy świadectwo jednego z naocznych widzów, w 1819 roku sierpnia 16 podane. Autor jego powiada: iż gdy z rodziną swoją miał odpłynąć z Bostonu do Nahantu, w drodze, doniesiono mu, iż przeszłego wieczora ów głośny wąż morski, niedaleko wybrzeży się ukazał, i że teraz właśnie dla śledzenia go, wiele ludu zebrało się na brzegach. Piszący dodaje, iż szczęśliwem zdarzeniem miał przy sobie wyborny dalekowidz, za pomocą którego, razem z ludem brzegi napełniającym w niedalekiej od siebie odległości samegoż zwierza ujrzeli; głowa jego wznosiła się o trzy stopy nad powierzchnią wody, ciało zaś składały czarne łuskowate pierścienie czyli skręty, których do 13 naliczył. Potwór trzy razy wzdłuż zatokę z nadzwyczajną chyżością przepłynął, i na kierunku drogi woda okryła się pianą od uderzeń ciała jego wzniesioną. Podług zgodnych powieści wszystkich patrzących, miał on od 50 do 60 stóp długości; lecz z powodu głębokich brózd, co się za nim ciągnęły, nie można było ze ścisłością oznaczyć miejsca do jakiego ciało jego dochodziło; przytem, to pewną przestrzeń pod wodą przepływał, to znów chwilowo tylko w pojedynczych zwojach nad nią się unosił. Opowiadający utrzymuje, iż to osobliwe i ogromne zwierze, przynajmniej przez godzinę czasu widzieć się dawało. Przy Nahancie ukazał się jeszcze raz drugi, i znowu mnóstwo ludzi aby go widzieć na brzegi się skupiło. Wówczas tak się już zbliżył, że oczy jego ogniem jaśniejące odróżnić można było. Wszyscy widzowie w tem się zgadzają, że to zwierzę, ani wielorybem, ani potfiszem, ani też jedną z wielkich ryb morskich być nie mogło; gdyż wszystkie te zwierzęta, falistych i wijących się ruchów całkiem nieposiadają.
   Dopiero jednocząc te postrzeżenia rozmaitych podróżników; i porównywając owe dawne bajeczne, a nieskończenie dziwne podania, z powieściami czasów późniejszych, o istnieniu owego ogromnego dotąd nieznanego węża, taki tylko niewątpliwy wniosek zrobić możemy: iż podobną do prawdy jest rzeczą, że w niektórych morzach jakieś do tych opisów zbliżone zwierzę być mogło, które się jednak bardzo rzadko ukazywało; i że nawet dotąd jeszcze w znacznie uszczuplonej liczbie znajdować się może. Czyliż nie mamy na ziemi olbrzymiej wielkości połoza (boa constrictor), który często długością 40 stóp dochodzi: dla czegożby wody, jeszcze większego stworzenia postaci wężowej mieć niemogły, zwłaszcza, iż wiemy z doświadczenia, że morze w łonie swojem żywi zwierzęta daleko większe od tych które lądy zamieszkują? Nadto dodać należy, iż nietylko samo morze z powodu swej obszerności dopuszcza istnienie podobnego węża, lecz nawet wspierając się na powieściach z czasów bliższych, i w rzece Amazonce podobne zjawiska się wydarzały; chociaż być może, iż ocean jest właściwem ich miejscem pobytu, i że tylko chwilowo rzeki wielkie odwiedzają. Obyśmy z wymienionych tu szczegółów poznali, jak wielkie i niezbadane w rozmaitości swych tworów jest przyrodzenie, i jak wiele podobno jeszcze pozostaje, co zaledwie od późnych pokoleń poznanem będzie, a czego bytność przy teraźniejszych naszych wiadomościach, tak się nam bajeczną wydaje, jak owe dziwne podania wieków upłynionych, które najczęściej, za niedorzeczne tylko wymysły uważać zwykliśmy.

Wierzenie ludowe w Rudkach. Spisał Józef z nad Wiszenki w latach 1870-1875

Notka 17

   (...)Dawniej bardzo starych ludzi, gdy już robić nie mogli, żywcem zakopywano w ziemi. Ale raz był wielki głód, ludzie marli z głodu, wszystko zjedli tak, że nie mieli nawet co posiać. Tedy jeden bardzo stary ojciec, którego najsterszy syn chciał zakopać w ziemię, bo już nic robić nie mógł, prosił się, aby go jeszcze jeden rok zostawił. A gdy syn mówił: "to cóż wam dam jeść?" - poradził mu ojciec: "Synu, weź snopki najstarsze z dachu, posiekaj na drobno i posiej na polu". Syn wysłuchał. Z tego doczekał się bardzo pięknych żniw. Od tego czasu już przestali starych ludzi żywcem grzebać, "bo i oni się jeszcze na coś przydać mogą".(...)

Nadzwyczajny ptak.

Notka 16

   Ojciec mój, mówi Jan Duklan Ochocki, w roku 1774, jeździł odwiedzić matkę swoją w województwie Lubelskim, w ziemi Łukowskiej zamieszkałą, która tam dożywociem trzymała majętność po dziadzie; jeździłem i ja z ojcem. Odwiedzaliśmy familiję mieszkającą w ziemi Łukowskiej i byliśmy w Warszawie.

    Przypominam sobie, że ojciec kupił wówczas półarkuszowy sztych, na którym wyobrażony był dosyć duży ptak, podobny coś do dudka, mający na głowie jakieś rożki. Na piórkach jego po całem ciele były trupie główki, a w pośrodku dwie większe głowy trupie z koronami. Pod spodem wypisana była obszerna explikacya, że ptak ten w dzień zaduszny w Paryżu, wleciał przez okno do audyencyonalnej sali królewskiej i usiadł na tronie, jakby chciał żeby go wszyscy tam znajdujący się pod ówczas widzieli. Nim zdziwieni przytomni namyślili się pochwycić to zjawisko, ptak zerwał się i zniknął.
    Żyją dotąd trzy osoby, które ten sztych jak ja widziały; rzecz zapewne nie do wiary, nie chciałem nawet o niej wspominać tutaj, ale mnie ośmielił hrabia Henryk Rzewuski, który mi powiadał, że anegdotkę o tym ptaku słyszał podobnież od ojca żony swej hrabiego Grocholskiego, starszego odemnie. Wierzono w to natenczas jak w cud i przepowiednią jakąś, a politycy różne ztąd wyciągali wnioski. O tego rodzaju ptaku w historyi naturalnej wzmianki nie ma; prawdziwy czy zmyślony był już naówczas wieszczbą tej rewolucyi, która w lat czternaście cały kraj ogarnęła, a w ośmnaście potem, pod topór skazała dwie koronowane głowy.
   Mamy tu o tym jakoby cudzie na piśmie notatkę, zostawioną w kalendarzu sławnego Duńczewskiego, ręką mojego ojca.
   5 Octobris, powróciwszy z drogi od Imości Dobrodziejki matki mojej, którą zdrową zastałem i zostawiłem, przywiozłem zegarek złoty kameryzowany z emalią, sprzączki do trzewików kameryzowane i obraz w srebro oprawny Matki Boskiej Częstochowskiej w prezencie dla mojej Frani od jejmości dobrodziejki matki mojej, a z Warszawy kopersztychów trzy. Z tych jeden darowałem Imość dobrodziejskim rodzicom naszym, a drugi Im. pani starościnie Niżyńskiej ciotce mojej żony. Wyrażono na tym kopersztychu ślicznie jak żywy udanego ptaka, ten cały w trupich główkach, a na środku na skrzydłach ma dwie trupie głowy z koronami; pod spodem explikacya że ten ptak wleciał na pokoje królewskie w Paryżu w dzień Zaduszny, usiadł na tronie, a potem zniknął.
Za te trzy kopersztychy dałem trzy talary.

sobota, 10 stycznia 2015

Czarny pies...

Notka 15

   Pierwszy bataljon pułku Latour d`Auvergne w którym doktor Parent był lekarzem bataljonowym, za Napoleona I, otrzymał rozkaz wystąpić za miasto Palmi, w Kalabryi, i śpieszyć ku morskiemu brzegowi, dla przeszkodzenia nieprzyjacielskiemu wylądowaniu. Po dwudziestocztero - godzinnym marszu bataljon stanął noclegiem w zwaliskach starożytnego opactwa, o którym szły wieści, że tutaj zły duch mieszka. Żołnierze z wieczora śmieli się z ostrzeżeń włościan sąsiednich wsi i rozłożyli się pod na pół rozwalonemi sklepieniami. Ale jakież było powszechne zdumienie i przestrach, kiedy, o samej północy przeszło stu żołnierzy wybiegło na dziedziniec w okropnem przerażeniu, twierdząc że po nich biegał duch, w postaci wielkiego czarnego psa. Żołnierze francuzcy nie byli tchurze i nie lękali się byle czego, ale zapewniali tu że to było nie widzenie, ale prawda, nie słuchając żadnych dowodów, trzymali się swego. Następującej nocy, wszyscy oficerowie objeli dyżur w czasie nocy, żeby uspokoić żołnierzy; ale pomimo tego, wczorajsza scena powtórzyła się we wszystkich szczegółach. Przeszło stu weteranów opisywali ducha w postaci czarnego psa, zupełnie jednostajnie, i mieli widzenie w jednej i tej samej chwili.Oficerowie zaś nic nie widzieli, i żaden czarny pies nie wbiegał do tymczasowych koszar, ale żołnierze trzymali się swego i woleli spać pod otwartem niebem, niżeli raz jeszcze doświadczyć deptania widma. Trzeciego dnia bataljon wyruszył z tego miejsca, i odtąd nic podobnego nigdy się więcej nie wydarzyło. Zwaliska starożytnego opactwa znajdowały się w bliskości miasta Tropea.

(Parent, w artykule "Incube", zamieszczonym w wielkim słowniku nauk lekarskich: Grand Dictionnaire des sciences medicales, XXXIV)

Wielka wiara w zabobony...1872 rok.

Notka 14

   (...)Ot niedawno temu, we wsi Biskupice w Poznańskiem, zdarzył się wypadek straszny, spowodowany ciemnotą i zabobonem.Żył tutaj osadnik z żoną i pięciorgiem dzieci szczęśliwie, zdoławszy sobie wybudować domek własny.Przeszłego roku, przyjechała do niego siostra żony, wdowa z pięcioletnim synem, Maryanna Cierniak. Opanowana była myślą, że pozna każdego kto opętany przez diabła i że potrafi każdego opętać. Siebie również uważała za opętaną. Wkrótce nazwano ją we wsi czarownicą. Na swoją o dziesięć lat młodszą siostrę, wywierała wpływ demoniczny.

    Pewnego wieczoru położyła się Cierniakowa w łóżko na pozór spokojnie, ale o północy siostra jej, przerażona wrzaskiem, obudziła się i zapaliła kaganek. Cierniakowa krzyczała: "diabli porwali ci twoje dziecko i przemienili na inne, bij je tak długo, aż ci go nie oddadzą". Ulegając szałowi siostry, nakazującej bić dziecię na śmierć, położyła własne dziecko na ziemi, okładając je pasem rzemiennym. W czasie tego obudził się mąż, niezupełnie jeszcze z wieczornego podpicia wytrzeźwiały. Zrazu nie chciał opętaniu wierzyć i gotów był nawet dziecka bronić, ale żona namówiła go inaczej i wkrótce dziecię już nie żyło.Poczem małżonkowie napadli na Cierniakowę, rozbijając tymczasem piece, która przestraszona oknem uciekła.Nazajutrz znalazł ją nauczyciel wiejski prawie nagą, leżącą przed domem, w domku zaś pieścili rodzice zapóźno zabite swe dziecię.
   Sprawiedliwość ma tu do rozwiązania psychologiczną zagadkę, od której zależy rozstrzygnięcie, jak dalece należy mordercom przypisać zbrodniczy, z góry powzięty zamiar. Wszyscy oprzytomnieli, jedna tylko matka nie może przyjść do siebie. Owa czarownica i ojciec, oprzytomnieli tak dalece, że się wprost wypierają czynu. Sąd przysięgłych w Ostrowie sprawę tę osądzi.(...)

piątek, 9 stycznia 2015

Z kraju Hucułów. 1899 rok.

Notka 13

   Wzdłuż pasma Karpat i u ich podnóża znachodzimy wiele miejscowości, których nazwy podania ludowe wywodzą z czasów napadów dzikich hord tatarskich. Nazwy te są więc istnymi pomnikami zaciętych walk, staczanych przez miejscową ludność z plemionami tatarskimi.
   Jedną z tych miejscowości jest przysiółek Tatarów, należący do gminy mikuliczyńskiej we wschodnich Karpatach, który miano swe również owej epoce zawdzięcza.
   Potomek pierwszych mieszkańców oraz założycieli Tatarowa, starzec około 80-letni, opowiada mi taką tradycyję:
   "Rodzina nasza pochodzi z Wiszniowy na Węgrzech, gdzie pradziad nasz Dziema był popem. Syn mego pradziada, chłopak przystojny i czerstwy, miał narzeczoną (z huculska lubaskę), która jednak uwodziła go, sprzyjając innemu. Chłopak rozkochany a przytem zazdrosny prosił swą narzeczoną, by się starała odwzajemnić gorącą jego miłość, a widząc, że słowa jego rozbijały się jakoby o twardą skałę, że miłosne zapały pryskały jak bańki mydlane, poprzysięgł jej zgubę przy pierwszej schadce z jego rywalem.
   Sposobność wkrótce się nadarzyła. Chłopak tknięty paroksyzmem swej pierwszej i czystej miłości, wiedziony uczuciem zazdrości i gniewu, nie mógł pohamować swego wybuchu i strzelił z pistoletu do swej uwodzicielki, widząc ją w objęciach drugiego.
   By uniknąć ręki sprawiedliwości, wsiadł na konia, przejechał granicę węgiersko-galicyjską i przybył do lasu położonego u ujścia Prutca do Prutu, a upatrzywszy wśród lasu haliznę przez wiatry spowodowaną, zabrał się rychło do jej uprawy.
   Wybierał połamane przez wichry drzewa, wynosił zbutwiałe kłody, wycinał krzaki i przez lat kilka mozolnej pracy grunt ów do wymogów gospodarki rolnej należycie przysposobił.
   Tęskno mu jednak było za ojcem, za matką, za rodziną, za domem. Wsiadł więc na konia, a że dawniej nie dochodzono zbrodni tak ściśle, jak dzisiaj i nie poszukiwano za zbiegiem, powrócił do domu, wiedząc, że o czynie jego już zapomniano.
Ojciec ujrzawszy syna, ucieszył się bardzo i jął go wypytywać, gdzie bawił tak długo i jak mu się wiodło, zmęczony jednak podróżą syn obiecał nazajutrz rodzicom przygody swe opowiedzieć.
Opowiedziawszy rano o gruncie uprawianym wśród gór i lasów, prosił, by mu rodzice na nowej gospodarce dopomódz zechcieli. Dała mu matka kilka sztuk bydła, ojciec dwu parobków i sługę a pożegnawszy wyprawili z Bogiem.
   W czasie wyjazdu popowicza, gospodarz Roszka z Mikuliczyna krążąc po lesie, spostrzegł to pole, upodobał je sobie i zabrał się zaraz do orki i siewu.
   Dziema przebywszy granicę, wracał spokojnie na swą rolę z wianem, darowanem przez rodziców, gdy w drodze spotkał go Grega-pradziad dzisiejszej rodziny Gregaszów z Worochty. Spostrzegłszy piękną tę karawanę, zagadną popowicza, kto jest i dokąd droga, na co tenże w krótkich słowach o swym planie mu opowiedział.
   Grega zwróciwszy się przez Jabłonicę ku Worochcie, doliną Prutu przybył do Roszki, mówiąc, by zaprzestał dalszej swej pracy, gdyż jakiś pan tu nadciąga. Roszka jednakże nie miał wcale zamiaru ustąpić z placu cudzoziemcowi i dalej pracę rozpoczętą prowadził.
Nadjechał wreszcie Dziema, a ujrzawszy Roszkę przy pracy, radził mu, by się zabrał i nie odbierał uprawionej już roli. Roszka jednak starał się niewiele sobie robić ze słów popowicza. Wtedy Dziema wyjąwszy pistolet, wystrzelił dwa razy a Roszka widząc, co się święci, umknął rychło.
   Dziema zabrał się zaraz do budowy chaty a sługę, którą miał od ojca, pojął za żonę i gospodynię. Że tęgi był z niego gospodarz, mówił stary-widać z tego, że dziś nas czternastu na tej schedzie się mieści, a chata moja stoi w tem samem miejscu, gdzie niegdyś pradziad mój pierwszą postawił."
   Nałożywszy świeżo lulkę i pyknąwszy kilka razy, tak dalej prawił stary:
   "Ludzi w owych czasach nie było tyle, co dziś ich mamy, mieściło się tu zaledwie trzech lub czterech gospodarzy, gdyż Tatarzy ich powyjadali, a karmiąc orzechami i końskiem mlekiem, by byli tłuści, zabierali ze sobą.
   Na szczytach Magury, Leśniowa i Chyżek były ustawione wiechy a przy nich straż zwykle. Gdy więc Tatarzy od strony Delatyna nadciągali, pochylała straż wiechy w tę stronę, ku której dzikie pogaństwo dążyło. Gdy raz złowrogie te znaki pochyliły się w stronę dzisiejszej naszej osady, wiedział nasz lud biedny, jakie nieszczęście mu zagrażało. Tatarzy byli w drodze ku Mikuliczynowi.

   Wtedy to nasi przodkowie popodcinali las, "Kupelskij" zwany, pomiędzy Mikuliczynem a dzisiejszym Tatarowem leżący, tak, że drzewa ledwie na pniach się utrzymywały i za najlżejszym powiewem wiatru z łomotem waliły się na ziemię.
    Tatarzy nadjechali konno brzegiem Prutu, wjeżdżając do lasu. Ludzie trzymający w ukryciu kilka drzew podciętych na długich linach, puścili takowe, a te padając, waliły jedno drzewo za drugiem. W mgnieniu oka horda najezdników znalazła grób pod drzewami dziewiczego lasu.
    Z całej tej czerni zdołał tylko jeden Tatar umknąć wraz z Tatarką. Przybywszy do mego pradziada, zostawił kobietę przed domem, sam zaś wszedł do chaty, pytając, czyby czego jeść nie dostał. W domu była tylko baba. Wskazała mu beczkę, mówiąc, że jest w niej żentyca. Zgłodniały bojownik pochylił się, by zaglądnąć, co się w beczce znajdowało, a wtedy baba chwytając go za nogi, utopiła w żentycy. Tatarka przeczuwając co zaszło, wsiadła na konia a przebrnąwszy Prut, zostawiła konia nad brzegiem, kryjąc się sama w wąwozie z połoniny Laśniów ku Prutowi zbiegającym. Tu pod skałami powiła małego Tatarczuka.
    Mieszkańcy poznawszy konia Tatarskiego, pasącego się w łęgach, jęli szukać za Tatarami a znalazłszy Tatarkę w wąwozie, zabili wraz z Tatarczukiem, nadając wąwozowi nazwę "Tatariwczyk", osadzie zaś "Tatarów".
    Mieszkańcy uwolnieni od dalszych napadów, zaczęli powoli tutaj się osiedlać. -Tu stary pyknął znowu kilka razy dawno zagasłą już lulkę, splunął i rzekł: "kołyś pry nedili skażu wam szcze deszczo panyczu".
    Zaciekawiony jednak pięknemi temi legendami, które w miarę rozwoju cywilizacyi gasną coraz bardziej wśród naszego ludu, postanowiłem kilka jeszcze tych wzniosłych utworów rozbujałej wyobraźni ludu górskiego wyrwać zapomnieniu.
    Nie długo czekać musiałem. Święto " Błahowiszczenie" wypadło we środę i stary z ulubioną swą fajeczką przyszedł znowu do mnie.
    Nałożywszy do lulki tytoniu i pyknąwszy kilka razy, zapytał mnie o czem jeszcze chciałbym się dowiedzieć.
    Zastanawiając się nieraz nad nazwami "lisny" (nimfy), "Lisnowy (nazwa połoniny) i "Pidliśniw" (nazwa osady), postanowiłem dojść związku, w jakim te trzy nazwy pozostają ze sobą. Zagadnąłem więc starego, co to są te "lisny".
    Lisny to czeledyna (dziewczęta), które żyją w lesie. Mieszkają one na Leśniowie ( z huculska Lisnowach) i przy nastaniu nowego księżyca schodzą nad Prut do Podleśniowa na swe igrzyska. Są one i na polance zwanej "Doszczynce", a na nowiu śmiechy ich, podobne do śmiechu naszych dziewcząt, dokładnie słyszeć można.
    Ja raz tylko w mojem życiu- mówił stary- widziałem "leśną". Było to może przed laty dwudziestu, gdyśmy z Iwanem i Andrijem spędzali owce pod Czarnochorą. Wieczorem wyszedłszy prowałem na polankę, pod szeroko rozgałęzioną, osobno stojącą smereką, rozłożyliśmy watrę. W tem w pobliżu dał się nam słyszeć płacz dziewczęcy a wkrótce stanęła przed nami leśna zawodząc: "oj bidkoż moja czorna, upadku mij hyreńkij, aż teperes na mene upaw".
    Po tych słowach przybrała groźną postawę, mówiąc, zabierajcie się zaraz, gdy nie chcecie, by was spotkało nieszczęście, i nim zdołaliśmy przemówić do siebie, bogini leśna znikła w cieniu otaczających nas drzew.
    Przerażeni chwyciliśmy każdy po jednej głowni, przenosząc się na inną sąsiednią polankę. Nazajutrz, gdyśmy, zdjęci ciekawością, przyszli na miejsce, gdzie tliło pierwsze nasze ognisko, śladu z niego nie było.
    Oj tak, tak panyczu - kończył stary swe opowiadanie- lisna i czołowika sia czepyt. Niech tylko parobek zatęskni za swą kochanką, leśna już go się uchwyci. Stefana nieboszczyka dwa lata się trzymała i gdyby nie ziela, które mu wróżki dały gdzieś w świecie, zginąłby był niechybnie z jej ręki.

Egzekucja w Afganistanie. Rok 1904.

Notka 12

   Sposób rozstrzeliwania przestępców w Afganistanie jest najstraszniejszy, jaki sobie można wyobrazić. Skazanego przywiązują do wylotu armaty, następnie zaś wywołują wystrzał, który rozrywa nieszczęśliwego w kawałki. Śmierć następuje natychmiastowo. Rycina nasza wyobraża właśnie chwilę, w której kat przykłada lont do działa. Śmierć ta jest dla mahometan podwójną karą, gdyż, według wierzeń mahometańskich, kto ma ciało rozerwane w kawałki, ten ma wstęp do raju zamknięty.




czwartek, 8 stycznia 2015

Błędne ogniki.

Notka 11

   Błędne ogniki - tak się nazywają światełka, widywane w niektórych miejscowościach nocami w powietrzu niewysoko nad ziemią. Czytelnik nasz, pan Masiewicz, pisze, iż zjawisko to bardzo często ukazuje się w parafjach Tyrkszlewskiej, Siadzkiej i Żewielańskiej w powiecie Telszewskim. Podczas ciemnych, a szczególnie mglistych nocy jesiennych w miesiącach październiku i listopadzie od godziny 9-tej wieczorem do 5-tej rano wnoszą się tam od ziemi albo i od wody, i chodzą mniej-więcej na wysokość pół sążnia światła kształtu dużego pęcherza, a czasem tak wielkie jak przetak. "Nieraz idzie takie światło wprost przez staw głęboki, - powiada wspomniany czytelnik, - chodzi po naszem polu, po gumnisku i około budynków, jakby szukając czego. Czasem spotkawszy się z człowiekiem ustępuje mu z drogi, albo leci obok niego niby towarzysz, a gdy człek wejdzie do chaty, ono wędruje dalej swoją drogą. Opowiadają, iż szła jedna dziewczyna służąca do rodziców, a błędny ognik jej towarzyszył. Gdy doszła do wrót, ognik wpadł jej na twarz i oparzył ją tak, iż ksiądz proboszcz Laskowski, dziś już nieżyjący, ledwie ją wyleczył.
   "Ja dopiero czwarty rok mieszkam w tej okolicy, ale już dużo napatrzyłem się na te zjawiska. Raz w listopadzie widziałem nawet jak takie światło szło przez nasze gumnisko przeciw silnemu wiatrowi. Niejeden też opowiada różne dziwne przygody wskutek spotkania się z błędnymi ognikami." Wierzyć jednak wszystkiemu, co mówią, nienależy, bo wiadomo, że ludziska najczęściej lubią przesadzać, bajki tworzyć i podawać je za rzecz prawdziwą. Ale w każdym razie " zjawisko to bardzo zajmuje każdego i robi na ludziach wielkie wrażenie; dlatego więc postanowiłem prosić pana Pisarza Gazety Świątecznej, aby wyjaśnił, zkąd się te światła biorą."
   Dobrze uczynił pan Masiewicz, że to widywane przez siebie zjawisko opisał i tym sposobem do wiadomości ogółu podaje. Gdyby tak wszyscy postępowali, dopomogliby ludziom uczonym wyjaśnić dokładnie tworzenie się błędnych ogników. Aby jakąś rzecz zbadać, ludzie uczeni dobrze i często jej się przyglądają i robią z nią różne próby, doświadczenia. Tymczasem błędnych ogników w ten sposób uczonemu badać niepodobna, bo ukazują się one rzadko gdzie i kiedy, i szybko znikają nie pozostawiwszy żadnego śladu po sobie. Niejeden przez całe życie ani razu tego zjawiska nie oglądał. Nam się zdarzyło widzieć je raz tylko w październiku 1868 roku pod wsią Kamieniem w gubernji Wileńskiej: Były to jakby płomyki niebieskawe, wielkości szklanki, podobne do płomienia palącego się spirytusu, a zjawiały się raz po raz i przesuwały ponad mokrą łąką.

   Otóż dla należytego zbadania błędnych ogników, każdy, komu się trafi widzieć je z bliska, powinien im bacznie się przyglądać, robić z niemi doświadczenia i potem dokładną o nich wiadomość przysyłać do gazet. Trzeba mianowicie zważać na to, z jakiego gruntu one się wydobywają, jakiego są koloru, jak długo jeden ognik trwa i t.p. Jeśli jest blisko, to można do niego przytknąć na przykład źdźbło suchej słomy, albo kawałek papieru, lub wreszcie choćby rękę, i przekonać się, czy on pali lub grzeje, czy też jest zimny.
    Podobne doświadczenia nie raz już robiono, ale jeszcze było ich za mało na to, aby się upewnić o naturze błędnych ogników. Bywają ogniki te niebieskie, fijoletowe, czerwone i żółte. O niektórych przekonano się, że nie grzeją i nie palą. Zdarzyło się raz jednak spotkać pewnemu uczonemu taki ognik, że zapalił o niego kawałek papieru.
    Błędne ogniki ukazują się zwykle ponad mokrym gruntem, nad bagnami, torfowiskami i wodami stojącymi, w ogóle w takich miejscach, gdzie w ziemi lub w wodzie gniją jakieś rośliny, drzewa lub ciała zwierzęce.
    Z rzeczy gnijących wydobywają się różne uloty, które wychodzą następnie z ziemi i wody i unoszą się w powietrzu. Niektóre z nich można czuć nosem, bo pachną mocno. Dlatego padlinę czuć z daleka. Niektóre z tych ulotów są takie, że jak przytknąć do nich ogień, to się zajmą płomieniem. Często takie uloty wyskakują bulkami z pod wody stojącej na zagniłych bagnach i w kanałach, gdy w dno wtykać koniec kija. Jeśli wiatru nie ma, a nad takimi bulkami będziesz trzymał ogień, to możesz zobaczyć, jak owe wyskakujące z pod wody uloty będą się zapalały.
    Są znowu uloty zawierające w sobie fosfór, ten sam, z którego robią się zapałki; otóż takie uloty mogą same zapalać się w powietrzu i płonąć szybko silnym, palącym płomieniem, albo też wolno, wydając słabe światło i nie grzejąc wcale. Jeśli to się dzieje w nocy, widać wtedy ogniki w powietrzu. Podobnierz widzimy nocą, jak się świecą główki zapałek, które robią się z fosforu. Fosfor na zapałkach tak samo jak i w ulocie wyskakującym z ziemi lub z wody, łączy się potrosze z powietrzem i od tego płonie wolno, wydalając słabe światło.
    Płonące tak uloty mogą stać w miejscu, a mogą się też i poruszać, przelatywać z wiatrem. Błędny ognik idzie nieraz obok człowieka, albo za nim, jakby go gnał, albo przed nim, jakby uciekał, a wszystko to od wiatru, co go człowiek czyni swoim chodem.
    Najdziwniejszym zjawiskiem było opisane wyżej posuwanie się błędnego ognia pod wiatr. Mogło to jednak tylko tak wydawać się dla oczu, jeśli patrzący sam jechał albo biegł z wiatrem, a ogień stał w miejscu lub szedł wolniej. Mógł zresztą i wiatr kręcić się między budynkami lub drzewami, a w takim razie musiałby pędzić z sobą i błędny ognik nie w tą stronę, w którą wiał na polu. Gdyby zaś błędny ognik posuwał się naprawdę pod wiatr, zjawisko to byłoby tem ciekawsze dla badań naukowych. Przede wszestkiem jednak trzeba, żeby ludzie, którym zdarzy się w przyszłości błędne ogniki widywać, zwracali baczną uwagę na kierunek wiatru i czy one zgodnie z wiatrem się posuwają.
    Również warto baczyć i na inne objawy przy tem zjawisku. Niektórzy ludzie podobno słyszeli w błędnych ognikach szmer lub trzask; innym udawało się jakoby chwytać je rękami i znaleźć w nich jakąś wilgotną, galaretowatą masę. Wszystko to jednak są rzeczy niepewne; otóż przy sposobności niech je sprawdza każdy, komu uda się z błędnymi ognikami spotykać.
    Ludziska, co prawda, boją się tych ogników. To gawędzą o nich jako o strachach, to nazywają je "omętrami" (gieometrami), którzy nie mają spokoju po śmierci i błądzą po gruntach fałszywie pomierzonych. Są i tacy, co zobaczywszy błędny ognik wydobywający się z ziemi, mówią, że pieniądze się palą, i potem skarbu w tem miejscu szukają. Ale wszystko to są bajki niemądre. Niech się tych ogników boji ten, kto nie wstydzi się być tchórzem; niech się ich boji człek zupełnie ciemny i w dodatku głupi. Ale kto ma choć trocha rozumu, bać się ich nie powinien, boć niema czego. Co zaś do skarbów - choć i to bajka, jak inne, niewielka jednak szkoda, jeśli kto chcąc ich szukać wykopie dół w tem miejscu, gdzie błędny ogień zobaczył. Tym sposobem może czasem trafić na szczątki drzew lub innych roślin gnijących, zwierząt, albo ciał ludzkich, a wtedy się przekona, z czego wydobywały się owe płonące w powietrzu uloty.


Artykuł  z roku 1894.