Notka 69.
Nieraz zdarzyło mi się słyszeć, jadącemu na chłopskiej furze: "Ot tu, proszę pana nauczyciela, czepia się człowieka błąd!" przyczem chłop dotyka się kapelusza i żegna. "Jaki błąd?" pytam zaciekawiony. Naturalnie, śmiać się przy takich rozmowach nie można, bo chłop nic nie powie, trzeba wierzyć i dziwić się, a nawet potakiwać. "Ot Duch święty przy nas, to nieczysty ludzi opanowuje, aby im zrobić pakość, aby poczciwy człowiek przeklinał, wodzi człowieka po manowcach przez całą noc, dopiero nad ranem obejrzy się człowiek, a on pod swoją wsią- A pek ci mara!-mówi tedy. Najlepszy sposób dla odpędzenia takiego błędu jest obrócić na głowie kapelusz, lub czapkę i przeżegnać się, to czasem nieczysty zlęknie się, taj pójdzie na szumy i wichry. Lecz gorszą od nieczystego jest dusza wisielca, który gdzieś niedaleko powiesił się, a dusza jego pokutuje i napada poczciwego człowieka. Na wisielca pomoże tylko, jeżeli człek rzuci mu z woza garść siana, lub słomy. Przy sianie tem wygrzewa się dusza wisielca w czasie mrozów.
Rzeczywiście na drodze, zwanej Saporty niedaleko Waręża, był przez długi czas opalony pień starej wierzby, na której miał się ktoś powiesić. Każdy chłop, jadąc tą drogą, rzucał koło wierzby garść słomy, lub siana.
sobota, 14 lutego 2015
piątek, 13 lutego 2015
Podwójny wzrok. Kompania Indyjska 1785 rok.
Notka 68
W miesiącu kwietniu 1785 roku P. Bottineau, były urzędnik kompanii indyjskiej na wyspach Ilse-de-France i Bourbon, oświadczył Rządowi na piśmie, iż wynalazł środki fizyczne jak się dowiedzieć o zbliżaniu się okrętów, gdy te znajdują się jeszcze o 250 mil fransuzkich (lieues) od brzegu. Pomimo licznych doświadczeń, nie zrobiło to wielkiego wrażenia w koloni Ilse-de-France, i wynalazkowi Bottineau mało wierzono. Ale jednego razu uwiadomił on że zbliża się flota angielska, i z taką pewnością twierdził o tem, że De la Motte Piquet, dowódca podówczas eskadry francuskiej na Ilse-de-France, wysłał na zwiady fregatę i korwetę, w kierunku wskazanym przez Bottineau. I rzeczywiście, wysłani wkrótce ujrzeli flotę angielską. Tak nadzwyczajna zdolność widzenia rzeczy odległych mocno zajęła umysły, kiedy fizyka doświadczalna i wnioski z samych tylko doświadczeń były w modzie. Z resztą należała ona do osobliwości katoptryki, którą uczeni wieku XV uważali za zasadę swojej magii naturalnej.
W miesiącu kwietniu 1785 roku P. Bottineau, były urzędnik kompanii indyjskiej na wyspach Ilse-de-France i Bourbon, oświadczył Rządowi na piśmie, iż wynalazł środki fizyczne jak się dowiedzieć o zbliżaniu się okrętów, gdy te znajdują się jeszcze o 250 mil fransuzkich (lieues) od brzegu. Pomimo licznych doświadczeń, nie zrobiło to wielkiego wrażenia w koloni Ilse-de-France, i wynalazkowi Bottineau mało wierzono. Ale jednego razu uwiadomił on że zbliża się flota angielska, i z taką pewnością twierdził o tem, że De la Motte Piquet, dowódca podówczas eskadry francuskiej na Ilse-de-France, wysłał na zwiady fregatę i korwetę, w kierunku wskazanym przez Bottineau. I rzeczywiście, wysłani wkrótce ujrzeli flotę angielską. Tak nadzwyczajna zdolność widzenia rzeczy odległych mocno zajęła umysły, kiedy fizyka doświadczalna i wnioski z samych tylko doświadczeń były w modzie. Z resztą należała ona do osobliwości katoptryki, którą uczeni wieku XV uważali za zasadę swojej magii naturalnej.
czwartek, 12 lutego 2015
Topielec. Sanok 1907 rok.
Notka 67.
Starzy ludzie to jeszcze dobrze pamiętają, jak na zakręcie Sanu pod skałą za młynem była dawniej niezmierzona głębia i wir, a siedział tam topielec, który niejednego kąpiącego się lub idącego brzegiem wciągnął na dno i utopił. Stary Matlak ze Zasania, jak jeszcze żył -a miał już lat sto i dwa jak umarł- opowiadał, co mu się raz zdarzyło za młodszych czasów. Lubiał on łowić ryby przy blasku księżyca, więc jednego razu przy pogodnej nocy wybrał się w to miejsce pod skałą, bo tam miały być wielkie ryby. A że był niebojący, więc poszedł sam. Miał mocną wędkę z włosienia, którą zapuścił do wody. Czeka chwilę, wtem, jak coś pociągnie za wędkę, a on na głowę do wody. Tyle tylko jeszcze miał przytomności, że zawołał: Jezus, Maryo, ratuj mnie!" Leciał tak głową w dół, jak długo, to nie wie. W końcu przeniesło go przed jakiś pałac, co się błyszczał cały od złota. We drzwiach stał stary dziad, który mu mówi: "Cego mi ty, cłeku, mącis wodę, twoje szcęście, coś powiedział, bo by już była twoja śmierć, ale więcej tu nie chodź!" Potem wziął go ten dziad-a był to sam topielec-na plecy i wyniósł do góry. Dopiero na drugi dzień znaleźli go ludzie daleko od tego miejsca zemdlełego na brzegu, a wędka była przy nim.
Raz znowu dwie pasterki pasły krowy w pobliskiej wiklinie, wtem wyleciał z pod skały taki mały "chłopacek" w czerwonej czapeczce i jak je zaczął gonić, tak one ledwie zdołały uciec z krzykiem do ludzi, którzy tam kosili. Oglądają się wszyscy, a tu już nic za niemi nie było, tylko usłyszeli wielki plusk na Sanie i klaskanie.
środa, 11 lutego 2015
O czarownicy Perepełysze. Powiat Trembowelski 1899 rok.
Notka 66.
Na kraju wsi pod lasem, stała mała chatka, a w niej żyła baba Perepełycha. Gdzie kto we wsi był chory, która dziewka chciała zaczarować parobka, każdy udawał się do Perepełychy, a ona za miskę mąki, wódki flaszkę, lub kawał słoniny, wszystkiemu zaradziła: jednych leczyła, drugim dawała cudowne ziele co się zwało "Lubymene". Mówiono, że nieraz w nocy ślizgał się po niebie jakby wąż ognisty i spuszczał się na jej chatę, spotykano ją, jak po nocy ze skopcem i miotłą w ręku uganiała po polu, a niektóre baby zaklinały się na wszystko w świecie, że Perepełycha ma ogon. Słowem, wszystko wskazywało, że to była czarownicą.
Przed śmiercią kazała swej córce wyjść z chaty, ale córka nie usłuchała, tylko ukryła się za piecem. O dwunastej godzinie w nocy zmarła stara, a w tej chwili zleciało się mnóstwo diabłów do chaty. Poszwargotali coś po niemiecku i polecieli w komin, a tylko dwóch zostawili przy trupie. Jeden wytrząsł z niej kości i zakopał koło pieca, a drugi wlazł w ciało nieboszczki. Gdy pierwszy diabeł się oddalił, zlazła córka Perepełychy z pieca i przez cały dzień grzała wodę w kotle.
Tymczasem przyszli diaki, aby odmawiać psalmy i modlitwy. Gdy północ znowu nadeszła, nabrała córka baniak ukropu i zlała nim trzy razy ciało swej matki. Za trzecim razem wyskoczył z trupa poparzony diabeł i umknął kominem. Wtedy córka wykopała kości, które zaraz weszły w ciało Perepełychy i tak dopiero pochowano ją po ludzku.
Na kraju wsi pod lasem, stała mała chatka, a w niej żyła baba Perepełycha. Gdzie kto we wsi był chory, która dziewka chciała zaczarować parobka, każdy udawał się do Perepełychy, a ona za miskę mąki, wódki flaszkę, lub kawał słoniny, wszystkiemu zaradziła: jednych leczyła, drugim dawała cudowne ziele co się zwało "Lubymene". Mówiono, że nieraz w nocy ślizgał się po niebie jakby wąż ognisty i spuszczał się na jej chatę, spotykano ją, jak po nocy ze skopcem i miotłą w ręku uganiała po polu, a niektóre baby zaklinały się na wszystko w świecie, że Perepełycha ma ogon. Słowem, wszystko wskazywało, że to była czarownicą.
Przed śmiercią kazała swej córce wyjść z chaty, ale córka nie usłuchała, tylko ukryła się za piecem. O dwunastej godzinie w nocy zmarła stara, a w tej chwili zleciało się mnóstwo diabłów do chaty. Poszwargotali coś po niemiecku i polecieli w komin, a tylko dwóch zostawili przy trupie. Jeden wytrząsł z niej kości i zakopał koło pieca, a drugi wlazł w ciało nieboszczki. Gdy pierwszy diabeł się oddalił, zlazła córka Perepełychy z pieca i przez cały dzień grzała wodę w kotle.
Tymczasem przyszli diaki, aby odmawiać psalmy i modlitwy. Gdy północ znowu nadeszła, nabrała córka baniak ukropu i zlała nim trzy razy ciało swej matki. Za trzecim razem wyskoczył z trupa poparzony diabeł i umknął kominem. Wtedy córka wykopała kości, które zaraz weszły w ciało Perepełychy i tak dopiero pochowano ją po ludzku.
wtorek, 10 lutego 2015
Duch kobiety z dzieckiem. Dublin 1869 rok.
Notka 65.
Lat temu kilka na przedmieściu Dublina, znajdował się dom, przez długi czas nie zamieszkały, bo, jak powiadano, gościły w nim strachy. Ludzie w sąsiedztwie twierdzili, że nie raz widzieli światło wewnątrz, niekiedy zaś kobietę w białej odzieży, stojącą przy oknie z dzieckiem na ręku; wszyscy zaś wiedzieli że w tym domu nie było żadnej żyjącej istoty, oprócz szczurów i myszy. Ludzie rozumni śmieli się z tych pogłosek, dom atoli był zawsze pusty i szedł w ruinę.
Dawny gospodarz umarł. Buł to skąpiec, albo mizantrop, albo jedno i drugie; wszelako przez wiele lat mieszkał w tym domu, zupełnie samotny i prawie z nikim nie widywał się. Krążyły wieści, jakoby sąsiedzi widzieli przez czas niejaki w tym domu młodą kobietę, ale zniknęła tak prędko, jak się zjawiła, nikt nie wiedział skąd przyjechała i gdzie się ukryła. Życie tego człowieka było tajemnicze, i dla tej przyczyny, czy też dla jakiej innej ważniejszej, istniało przeciwko niemu uprzedzenie. Jakem powiedział, on już umarł, i krewny, któremu po jego śmierci, dostał się dom, naturalnie bardzo sobie życzył go wynająć i żądał niskie komorne.
Wreszcie jakiś pan, chcąc urządzić zakład fabryczny, widząc że nie mało gruntu znajduje się przy domu, najął go i pobudował mieszkania dla swoich robotników. Między nową a starą częścią gmachu zrobiono długi korytarz, którym można było przechodzić w niepogodę. Wielkie drzwi, otwarte we dnie, a zamykane w nocy, dzieliły korytarz na dwie połowy; na jednym końcu był niewielki pokój, użytu na kantor.
Gdy już wszystko urządzono, robotnicy skarżyć się zaczęli, że słyszą w nocy różny hałas, zwłaszcza chodzenie i stukanie ciężkimi drzwiami w korytarzu. Z początku fabrykant uważał to za niedorzeczność, potem za figle którego z robotników, który chciał straszyć kolegów; lecz wreszcie sprawa poszła na serio, i nawet ludzie poważni zeznali, że często słyszą podobne rzeczy. Gospodarz, ciągle przekonany, że jakiś figlarz mistyfikuje prostaczków, postanowił wszelako przekonać się, czy rzeczywiście słychać opisywany hałas, a potem wywiedzieć się kto go sprawia. W tym celu sam przesiedział całą noc ze swymi pisarzami, i rzeczywiście, jak opisywali, po północy zaczęło się stukanie drzwiami, ale drzwi się nie otwierały, i chociaż słyszano stąpanie, nikt się nie pokazywał.
-Powinniśmy dowiedzieć się kto to taki-rzekł fabrykant, nie chcąc być igraszką płochych żartów.
Tak się więc urządził, żeby jego krewny, młody człowiek, na którego rozsądek i odwagę mógł liczyć, spał w kantorze.
Tu przygotowano mu łóżko, i młody człowiek postanowił tu nocować, dopóki nie wykryje tajemnicy.
Nazajutrz o świtaniu, wcześnie przechodzący znaleźli młodego człowieka na ulicy, prawie obłąkanego. Odprowadzono go do domu i posłano po doktora. Chory uczuł zapalenie mózgu. Gdy wreszcie młody człowiek wyzdrowiał, opowiedział, że przyszedłszy do kantoru, natychmiast położył się i zasnął, ale przebudził go straszny łoskot. Gdy chciał wstać, żeby dowiedzieć się o przyczynie, drzwi nagle otworzyły się i widmo w białym żeńskim ubraniu, zbliżyło się do jego łóżka; więcej nic nie pamięta, ale zapewne ze strachu wyskoczył przez okno na ulicę, gdzie go znaleziono.
Podobne zjawisko było bardzo dziwne;zawsze atoli zostawała wątpliwość, czy czy nie ma tu oszukaństwa. Doktor oświadczył, iż sam nocować będzie w kantorze, i oświadczenie jego przyjęto z radością. Zawiadomił mnie o chorobie młodego człowieka i osobliwszej jej przyczynie; gdy usłyszałem o jego zamiarze, prosiłem żeby mi pozwolił nocować razem z sobą.
Niepojęty łoskot nie ustawał i po zdarzonej katastrofie, ale nikt już nie spał w kantorze; póki młody człowiek wracał do zdrowia, łóżko stąd wynieśli; nie chcieliśmy, żeby je stawiono znowu, chcąc żeby zamiar nasz był niewiadomym; przy tem, woleliśmy nie spać całą noc. Weszliśmy do kantoru, nie wprzód, aż wszyscy robotnicy rozeszli się; wzięliśmy z sobą małego pieska, i każdy z nas miał pistolet. Obejrzeliśmy cały dom, żeby przekonać się czy kto gdzie nie schował się, zrewidowaliśmy wszystkie drzwi i okna, chcąc dowiedzieć się czy pewne. Wzięliśmy takrze przekąskę dla pokrzepienia naszego męstwa i weszliśmy do kantoru z wielką nadzieją odkrycia szalbierstwa.
Doktor światły i przyjemny towarzysz, zaczęliśmy prowadzić z sobą żywą rozmowę, która nas tak zajęła, że oba przestaliśmy myśleć o celu naszego czuwania, gdy nagle przypomniał nam go, zegar w przedpokoju, wybiwszy godzinę pierwszą, i zaraz potem głośne stukanie drzwiami; piesek nasz śpiący spokojnie, przebudził się i zaszczekał. Doktor i ja porwaliśmy pistolety, i rzuciliśmy się w korytarz, piesek za nami. Nic nie zobaczyliśmy, coby wyjaśnić nam mogło dziwny łoskot, ale słyszeliśmy wyraźnie oddalające się stąpanie, za którem szliśmy prędko, nawołując pieska; ale zamiast iść naprzód; skradał się z tyłu, spuściwszy ogon i tuląc się do nas. Słyszeliśmy wyraźnie, wyprzedzające nas kroki w korytarzu, następnie na schodach, na koniec do piwnicy, pozostałej bez użycia; w jednym jej kącie leżała kupa śmieci. Tu łoskot ustał. Obejrzeliśmy kupę śmieci i znaleźliśmy w niej kości dwóch ludzkich szkieletów i przekonaliśmy się że są kobiety i dziecka nowo narodzonego.
Pogrzebano kości i odtąd ustał tajemniczy łoskot; nikogo już nie straszył. Kto była ta kobieta, nie mogliśmy się dowiedzieć, i w ogólności te osobliwsze zdarzenia, nigdy się nie wyjaśniły.
Lat temu kilka na przedmieściu Dublina, znajdował się dom, przez długi czas nie zamieszkały, bo, jak powiadano, gościły w nim strachy. Ludzie w sąsiedztwie twierdzili, że nie raz widzieli światło wewnątrz, niekiedy zaś kobietę w białej odzieży, stojącą przy oknie z dzieckiem na ręku; wszyscy zaś wiedzieli że w tym domu nie było żadnej żyjącej istoty, oprócz szczurów i myszy. Ludzie rozumni śmieli się z tych pogłosek, dom atoli był zawsze pusty i szedł w ruinę.
Dawny gospodarz umarł. Buł to skąpiec, albo mizantrop, albo jedno i drugie; wszelako przez wiele lat mieszkał w tym domu, zupełnie samotny i prawie z nikim nie widywał się. Krążyły wieści, jakoby sąsiedzi widzieli przez czas niejaki w tym domu młodą kobietę, ale zniknęła tak prędko, jak się zjawiła, nikt nie wiedział skąd przyjechała i gdzie się ukryła. Życie tego człowieka było tajemnicze, i dla tej przyczyny, czy też dla jakiej innej ważniejszej, istniało przeciwko niemu uprzedzenie. Jakem powiedział, on już umarł, i krewny, któremu po jego śmierci, dostał się dom, naturalnie bardzo sobie życzył go wynająć i żądał niskie komorne.
Wreszcie jakiś pan, chcąc urządzić zakład fabryczny, widząc że nie mało gruntu znajduje się przy domu, najął go i pobudował mieszkania dla swoich robotników. Między nową a starą częścią gmachu zrobiono długi korytarz, którym można było przechodzić w niepogodę. Wielkie drzwi, otwarte we dnie, a zamykane w nocy, dzieliły korytarz na dwie połowy; na jednym końcu był niewielki pokój, użytu na kantor.
Gdy już wszystko urządzono, robotnicy skarżyć się zaczęli, że słyszą w nocy różny hałas, zwłaszcza chodzenie i stukanie ciężkimi drzwiami w korytarzu. Z początku fabrykant uważał to za niedorzeczność, potem za figle którego z robotników, który chciał straszyć kolegów; lecz wreszcie sprawa poszła na serio, i nawet ludzie poważni zeznali, że często słyszą podobne rzeczy. Gospodarz, ciągle przekonany, że jakiś figlarz mistyfikuje prostaczków, postanowił wszelako przekonać się, czy rzeczywiście słychać opisywany hałas, a potem wywiedzieć się kto go sprawia. W tym celu sam przesiedział całą noc ze swymi pisarzami, i rzeczywiście, jak opisywali, po północy zaczęło się stukanie drzwiami, ale drzwi się nie otwierały, i chociaż słyszano stąpanie, nikt się nie pokazywał.
-Powinniśmy dowiedzieć się kto to taki-rzekł fabrykant, nie chcąc być igraszką płochych żartów.
Tak się więc urządził, żeby jego krewny, młody człowiek, na którego rozsądek i odwagę mógł liczyć, spał w kantorze.
Tu przygotowano mu łóżko, i młody człowiek postanowił tu nocować, dopóki nie wykryje tajemnicy.
Nazajutrz o świtaniu, wcześnie przechodzący znaleźli młodego człowieka na ulicy, prawie obłąkanego. Odprowadzono go do domu i posłano po doktora. Chory uczuł zapalenie mózgu. Gdy wreszcie młody człowiek wyzdrowiał, opowiedział, że przyszedłszy do kantoru, natychmiast położył się i zasnął, ale przebudził go straszny łoskot. Gdy chciał wstać, żeby dowiedzieć się o przyczynie, drzwi nagle otworzyły się i widmo w białym żeńskim ubraniu, zbliżyło się do jego łóżka; więcej nic nie pamięta, ale zapewne ze strachu wyskoczył przez okno na ulicę, gdzie go znaleziono.
Podobne zjawisko było bardzo dziwne;zawsze atoli zostawała wątpliwość, czy czy nie ma tu oszukaństwa. Doktor oświadczył, iż sam nocować będzie w kantorze, i oświadczenie jego przyjęto z radością. Zawiadomił mnie o chorobie młodego człowieka i osobliwszej jej przyczynie; gdy usłyszałem o jego zamiarze, prosiłem żeby mi pozwolił nocować razem z sobą.
Niepojęty łoskot nie ustawał i po zdarzonej katastrofie, ale nikt już nie spał w kantorze; póki młody człowiek wracał do zdrowia, łóżko stąd wynieśli; nie chcieliśmy, żeby je stawiono znowu, chcąc żeby zamiar nasz był niewiadomym; przy tem, woleliśmy nie spać całą noc. Weszliśmy do kantoru, nie wprzód, aż wszyscy robotnicy rozeszli się; wzięliśmy z sobą małego pieska, i każdy z nas miał pistolet. Obejrzeliśmy cały dom, żeby przekonać się czy kto gdzie nie schował się, zrewidowaliśmy wszystkie drzwi i okna, chcąc dowiedzieć się czy pewne. Wzięliśmy takrze przekąskę dla pokrzepienia naszego męstwa i weszliśmy do kantoru z wielką nadzieją odkrycia szalbierstwa.
Doktor światły i przyjemny towarzysz, zaczęliśmy prowadzić z sobą żywą rozmowę, która nas tak zajęła, że oba przestaliśmy myśleć o celu naszego czuwania, gdy nagle przypomniał nam go, zegar w przedpokoju, wybiwszy godzinę pierwszą, i zaraz potem głośne stukanie drzwiami; piesek nasz śpiący spokojnie, przebudził się i zaszczekał. Doktor i ja porwaliśmy pistolety, i rzuciliśmy się w korytarz, piesek za nami. Nic nie zobaczyliśmy, coby wyjaśnić nam mogło dziwny łoskot, ale słyszeliśmy wyraźnie oddalające się stąpanie, za którem szliśmy prędko, nawołując pieska; ale zamiast iść naprzód; skradał się z tyłu, spuściwszy ogon i tuląc się do nas. Słyszeliśmy wyraźnie, wyprzedzające nas kroki w korytarzu, następnie na schodach, na koniec do piwnicy, pozostałej bez użycia; w jednym jej kącie leżała kupa śmieci. Tu łoskot ustał. Obejrzeliśmy kupę śmieci i znaleźliśmy w niej kości dwóch ludzkich szkieletów i przekonaliśmy się że są kobiety i dziecka nowo narodzonego.
Pogrzebano kości i odtąd ustał tajemniczy łoskot; nikogo już nie straszył. Kto była ta kobieta, nie mogliśmy się dowiedzieć, i w ogólności te osobliwsze zdarzenia, nigdy się nie wyjaśniły.
poniedziałek, 9 lutego 2015
Płanetniki-Olbrzymy. Stale 1871 rok.
Notka 64.
Razu pewnego, gdyśmy żęli z Jasiem Sobkowem na polu zwanym Obłok w Stalach, a było to w roku 1871, jak wielki grad spadł we wsi, widzieliśmy dwóch olbrzymów. Właśnie chmura nadciągnęła nad las i zdawało się, że już zawadzi o wierzchołki drzew, podrze się na kawałki i wszystka woda się z niej wyleje. Zrobiło się tak straszno, że pomyśleliśmy, iż teraz będzie już trzeba zginąć. Aż tu zjawiło się dwóch olbrzymów, oparli się o chojaki, a pot lał się im z czoła jak woda. Jeden krzyknął na drugiego: "podaj liny". Wtenczas złapali chmurę i szarpnęli nią tak silnie, że poleciała na grębowskie pola. Ale też ci olbrzymi mieli wielkie ręce-żebym nie skłamał-to garść u nich była jak łódka na hrabiowskim stawie. Kiedy takim olbrzymom zabraknie wody..., wtedy modlą się do słońca, i słońce spuszcza in tęczę.
Razu pewnego, gdyśmy żęli z Jasiem Sobkowem na polu zwanym Obłok w Stalach, a było to w roku 1871, jak wielki grad spadł we wsi, widzieliśmy dwóch olbrzymów. Właśnie chmura nadciągnęła nad las i zdawało się, że już zawadzi o wierzchołki drzew, podrze się na kawałki i wszystka woda się z niej wyleje. Zrobiło się tak straszno, że pomyśleliśmy, iż teraz będzie już trzeba zginąć. Aż tu zjawiło się dwóch olbrzymów, oparli się o chojaki, a pot lał się im z czoła jak woda. Jeden krzyknął na drugiego: "podaj liny". Wtenczas złapali chmurę i szarpnęli nią tak silnie, że poleciała na grębowskie pola. Ale też ci olbrzymi mieli wielkie ręce-żebym nie skłamał-to garść u nich była jak łódka na hrabiowskim stawie. Kiedy takim olbrzymom zabraknie wody..., wtedy modlą się do słońca, i słońce spuszcza in tęczę.
niedziela, 8 lutego 2015
Leśne panny. Huculszczyzna 1900 rok.
Notka 63.
Leśne (lisny) mają to być-zdaniem ludu-kobiety pięknej urody, w lasach żyjące. Leśna wygląda zupełnie jak dziewczę, wzdłuż krzyży tylko ma otwór, przez który widać wnętrzności, nóżkę zaś malutką, włosami porosłą. Nęcą one swą urodą chłopców ku sobie i zmuszają do stosunków miłosnych, czasami porywają też dzieci ludzkie. Przebywać mają w Rebrowaczu, Jahodynie, na Leśniowcach, w Żeńcu, Borsucznej, pokazując się tu i ówdzie w rozmaitych postaciach, raz jako wiatr, to znowu w postaci pięknej dziewicy. W Rebrowaczu miała leśna strącić pewnego Hucuła z mostu do Prutu, w innem znów miejscu oniemić chłopa, imieniem Teriban, który wkrótce umarł.
Dawniejszemi laty strzelec niejaki, Jarema, polując na jelenie w Żeńcu, usłyszał w lesie płacz dziecięcia. Zbliżywszy się i spostrzegłszy kołyskę, uwiązaną pomiędzy dwoma bukami, zakołysał dziecię widełkami, jakich dawniej używano do podpierania strzelby przy strzelaniu, bojąc się dotknąć rękami. Leśna nadszedłszy na to, odezwać się miała: "Szczęście masz, że się rękoma dziecka nie dotknąłeś, gdyż byłbyś stąd już nie uszedł, a za twój dobry uczynek idź i ubij sobie jelenia, którego sam chcesz na tej a tej polance".
Przyszedłszy Jeremia na wskazaną polanę, na której dwoje ślicznych dziewcząt pasło 20 jeleni, ubił jednego i wrócił do domu.
Niektórzy twierdzą, że leśne mają też mężów i dzieci. Mężowie pasą niedźwiedzie, chłopcy dziki, dziewczęta jelenie.
Jak wielką jest wiara w boginki, świadczy święcenie święta "Rozyhry".
Leśne (lisny) mają to być-zdaniem ludu-kobiety pięknej urody, w lasach żyjące. Leśna wygląda zupełnie jak dziewczę, wzdłuż krzyży tylko ma otwór, przez który widać wnętrzności, nóżkę zaś malutką, włosami porosłą. Nęcą one swą urodą chłopców ku sobie i zmuszają do stosunków miłosnych, czasami porywają też dzieci ludzkie. Przebywać mają w Rebrowaczu, Jahodynie, na Leśniowcach, w Żeńcu, Borsucznej, pokazując się tu i ówdzie w rozmaitych postaciach, raz jako wiatr, to znowu w postaci pięknej dziewicy. W Rebrowaczu miała leśna strącić pewnego Hucuła z mostu do Prutu, w innem znów miejscu oniemić chłopa, imieniem Teriban, który wkrótce umarł.
Dawniejszemi laty strzelec niejaki, Jarema, polując na jelenie w Żeńcu, usłyszał w lesie płacz dziecięcia. Zbliżywszy się i spostrzegłszy kołyskę, uwiązaną pomiędzy dwoma bukami, zakołysał dziecię widełkami, jakich dawniej używano do podpierania strzelby przy strzelaniu, bojąc się dotknąć rękami. Leśna nadszedłszy na to, odezwać się miała: "Szczęście masz, że się rękoma dziecka nie dotknąłeś, gdyż byłbyś stąd już nie uszedł, a za twój dobry uczynek idź i ubij sobie jelenia, którego sam chcesz na tej a tej polance".
Przyszedłszy Jeremia na wskazaną polanę, na której dwoje ślicznych dziewcząt pasło 20 jeleni, ubił jednego i wrócił do domu.
Niektórzy twierdzą, że leśne mają też mężów i dzieci. Mężowie pasą niedźwiedzie, chłopcy dziki, dziewczęta jelenie.
Jak wielką jest wiara w boginki, świadczy święcenie święta "Rozyhry".
Subskrybuj:
Posty (Atom)