Notka 62.
Przed radą wojenną z pułkownikiem Manselon jako przewodniczącym, 10 lipca 1849 roku, odbyło się przesłuchanie.
Od kilku miesięcy na licznych cmentarzach Paryża i okolic miały miejsce sceny potwornej profanacji. Stróże cmentarza Pere-Lachaise zauważyli lub sądzili, że zauważyli pomiędzy grobami niewyraźną postać, której nie udało się nigdy pochwycić i niejeden zaczął już myśleć, że to duch. Odkryto wiele sprofanowanych grobów. Ciała wyciągane były z grobów ze śladami gwałtu i straszliwymi okaleczeniami.Kiedy te zdarzenia zakończyły się na cmentarzu Pere-Lachaise, powtórzyły się na podmiejskim cmentarzu. Ciało siedmioletniej dziewczynki pochowanej w południe zostało znalezione poza grobem następnego dnia, w rozbitej trumnie, potwornie znieważone. Użyto wszelkich środków, aby wykryć zbrodniarza, ale jedynym skutkiem wzmożonej akcji było to, że miejscem profanacji stał się z kolei cmentarz Montparnasse, gdzie liczba wykopanych ciał była tak wielka, iż władze nie wiedziały już, co robić. Biorąc pod uwagę, że każdy z tych cmentarzy jest otoczony murem i ma żelazną bramę nieustannie zamkniętą, wydawało się to nader dziwne, że jakiś demon, pożeracz trupów lub prawdziwy wampir mógł grasować tak długo.
Dzięki zasadzce stróże na cmentarzu zdołali zaskoczyć tajemniczego intruza, któremu mimo doznanych ran udało się zbiec, ale zostawił ślady krwi. Znaleziono strzępy z wojskowego munduru i kiedy w siedemdziesiątym czwartym regimencie zauważono, iż jeden z sierżantów wrócił po północy ranny i w tak opłakanym stanie, że trzeba było zawieść go do szpitala wojskowego Val de Grace, nie było wątpliwości, że wykryto winnego.
Na wytoczonym mu procesie Bertrand przyznał się do nieodpartego popędu, który pchał go do wykopywania i gwałcenia ciał, po czym sierżant wpadał w pewnego rodzaju trans. Szczegóły dotyczące zbezczeszczonych trupów były odrażające, okaleczenia wydawały się dokonane w stanie demencji, niemniej lekarze orzekli pełną świadomość czynu, toteż skazano Bertranda na rok więzienia.
sobota, 7 lutego 2015
piątek, 6 lutego 2015
Nagle ujrzał wielkiego czarnego psa. Charzewice 1944 rok.
Notka 61.
W okresie międzywojennym żyła w Charzewicach pewna rodzina wielodzietna. Podczas okupacji hitlerowskiej cierpiała głód. Żeby temu zaradzić, ojciec postarał się o książkę "czarnej magii". W niej wyczytał następujące przepisy na zdobycie zaczarowanych przedmiotów w postaci "magicznego lusterka", w czym miały się odbijać wszelakie zagubione rzeczy, oraz "kija samobija" w formie zwyczajnej laski, który na rozkaz właściciela miała dokonywać zemsty na osobistych krzywdzicielach i wrogach. Postanowił więc skorzystać z nich. Nabył oba przedmioty i o północy udał się z nimi na krzyżujące się we wsi drogi, by je tam zakopać. Wracając z powrotem, nie wolno mu było oglądać się za siebie. Kiedy jednak postawił parę kroków, nagle ujrzał obok siebie wielkiego czarnego psa, który zaczął mu towarzyszyć. Zaskoczony tą zjawą, zorientował się po chwili, że tak wielkiego psa nie było w całej wsi. Zaczął się więc domyślać, że to być musi sam diabeł, który wcielił się w owego psa i strach go obleciał. Wtedy jeszcze bardziej się przeraził i przyśpieszył kroku, ale pies nie odstępował go ani na chwilę. Wówczas zląkł się nie na żarty i począł biec, ale pies też zaczął lecieć tak prędko jak on sam. Na ten widok włosy zjeżyły mu się na głowie i galopem puścił się w kierunku domu, ile tylko miał sił w nogach. Tajemniczy pies wciąż biegł obok, jakby szedł z nim na wyścigi. Wreszcie dopadł do bramki w parkanie prowadzącej na podwórze. Pchnął ją mocno i kilkoma wielkimi susami przesadził niezbyt dużą odległość dzielącą od drzwi wejściowych do domu. Przeraźliwa zjawa towarzyszyła mu nieprzerwanie do końca i dopiero w drzwiach gdzieś się podziała. Gdy znalazł się już w izbie, przeżycie było tak mocne, że padł zemdlony na ziemię. Rumor pobudził śpiących domowników, którzy podnieśli go z podłogi i posadzili na krześle. Po dłuższej chwili doszedł wreszcie do siebie, ale mimo wielkiego zdziwienia całej rodziny, nikomu nigdy nie wyjawił, co tej nocy przeżył. Nigdy też nie poszedł na rozstajne drogi, żeby odgrzebać zakopane przedmioty. Jedynie w pracy zdradził w sekrecie jednemu z przyjaciół całą tę historię. W ten sposób nabrała ona niejakiego rozgłosu.
W okresie międzywojennym żyła w Charzewicach pewna rodzina wielodzietna. Podczas okupacji hitlerowskiej cierpiała głód. Żeby temu zaradzić, ojciec postarał się o książkę "czarnej magii". W niej wyczytał następujące przepisy na zdobycie zaczarowanych przedmiotów w postaci "magicznego lusterka", w czym miały się odbijać wszelakie zagubione rzeczy, oraz "kija samobija" w formie zwyczajnej laski, który na rozkaz właściciela miała dokonywać zemsty na osobistych krzywdzicielach i wrogach. Postanowił więc skorzystać z nich. Nabył oba przedmioty i o północy udał się z nimi na krzyżujące się we wsi drogi, by je tam zakopać. Wracając z powrotem, nie wolno mu było oglądać się za siebie. Kiedy jednak postawił parę kroków, nagle ujrzał obok siebie wielkiego czarnego psa, który zaczął mu towarzyszyć. Zaskoczony tą zjawą, zorientował się po chwili, że tak wielkiego psa nie było w całej wsi. Zaczął się więc domyślać, że to być musi sam diabeł, który wcielił się w owego psa i strach go obleciał. Wtedy jeszcze bardziej się przeraził i przyśpieszył kroku, ale pies nie odstępował go ani na chwilę. Wówczas zląkł się nie na żarty i począł biec, ale pies też zaczął lecieć tak prędko jak on sam. Na ten widok włosy zjeżyły mu się na głowie i galopem puścił się w kierunku domu, ile tylko miał sił w nogach. Tajemniczy pies wciąż biegł obok, jakby szedł z nim na wyścigi. Wreszcie dopadł do bramki w parkanie prowadzącej na podwórze. Pchnął ją mocno i kilkoma wielkimi susami przesadził niezbyt dużą odległość dzielącą od drzwi wejściowych do domu. Przeraźliwa zjawa towarzyszyła mu nieprzerwanie do końca i dopiero w drzwiach gdzieś się podziała. Gdy znalazł się już w izbie, przeżycie było tak mocne, że padł zemdlony na ziemię. Rumor pobudził śpiących domowników, którzy podnieśli go z podłogi i posadzili na krześle. Po dłuższej chwili doszedł wreszcie do siebie, ale mimo wielkiego zdziwienia całej rodziny, nikomu nigdy nie wyjawił, co tej nocy przeżył. Nigdy też nie poszedł na rozstajne drogi, żeby odgrzebać zakopane przedmioty. Jedynie w pracy zdradził w sekrecie jednemu z przyjaciół całą tę historię. W ten sposób nabrała ona niejakiego rozgłosu.
czwartek, 5 lutego 2015
"Czarny Wir". Muszyna 1908 rok.
Notka 60.
Wspaniałą wstęgą płynie Poprad dość wartko. Pod samym zamkiem od wschodniej strony przyjmuje małą rzeczułkę "Muszynkę", od strony zaś północnej niebezpieczny "Szczawniczek". Następnie zwraca się nieco Poprad w stronę węgierską, potem rozlewa się na niewielkiej przestrzeni, gdzie płynie wolno w miejscu, zwanem "Mikową". Otóż tu znajduje się ów słynny w okolicy "Czarny Wir". Rzeczywiście woda w tem miejscu obraca się, kotłuje, a ma być tak głęboka, że ustawione dwa kościoły jeden na drugim nakryłyby się. O północy wychodzą z tej głębiny topielce i panny wodne; słychać wtedy śmiechy, klaskanie rękami, płacz i jęk, wołanie o ratunek. Topielce te i panny wodne wychodzą na brzeg, bawią się, zwodzą ludzi, których topią. Jeżeliby wtedy szedł człowiek i ujrzał topielca lub wodną pannę, zaraz ma uciekać na orne pole, bo one tam nie mają do niego przystępu (waloru). Jak wieść gminna niesie, mają być w tej głębinie wspaniałe pałace i mnóstwo skarbów.
Wspaniałą wstęgą płynie Poprad dość wartko. Pod samym zamkiem od wschodniej strony przyjmuje małą rzeczułkę "Muszynkę", od strony zaś północnej niebezpieczny "Szczawniczek". Następnie zwraca się nieco Poprad w stronę węgierską, potem rozlewa się na niewielkiej przestrzeni, gdzie płynie wolno w miejscu, zwanem "Mikową". Otóż tu znajduje się ów słynny w okolicy "Czarny Wir". Rzeczywiście woda w tem miejscu obraca się, kotłuje, a ma być tak głęboka, że ustawione dwa kościoły jeden na drugim nakryłyby się. O północy wychodzą z tej głębiny topielce i panny wodne; słychać wtedy śmiechy, klaskanie rękami, płacz i jęk, wołanie o ratunek. Topielce te i panny wodne wychodzą na brzeg, bawią się, zwodzą ludzi, których topią. Jeżeliby wtedy szedł człowiek i ujrzał topielca lub wodną pannę, zaraz ma uciekać na orne pole, bo one tam nie mają do niego przystępu (waloru). Jak wieść gminna niesie, mają być w tej głębinie wspaniałe pałace i mnóstwo skarbów.
środa, 4 lutego 2015
Przewodnik wilków. Ygrande 1925 rok.
Notka 59.
Mój ojciec, będąc drwalem, pracował w odległych lasach. Powracał do domu nocą, często bardzo późno. Pewnego wieczoru, kiedy byliśmy już wszyscy w łóżku, zapukał do drzwi: "Otwórzcie" powiedział drżącym głosem. Już w domu powiedział: "Tyle się kręcę po tych lasach, nigdy się niczego nie bałem i nie wierzyłem różnym bajdom, ale teraz muszę przyznać, że przewodnicy wilków istnieją. Przy drodze do Neverdiere natknąłem się na człowieka otoczonego stadem wilków. Ręką nakazał dwóm wilkom towarzyszyć mi aż do wsi. Są tam na zewnątrz teraz i czekają. Słuchajcie, jak psy ujadają na nie".
Rzeczywiście zewsząd było słychać szczekanie psów. "Córko moja" rzekł mój ojciec, "wstań i rzuć im kawał chleba". Tak bardzo się trzęsłam, że za nic nie chciałam zejść z łóżka.
Ojciec wziął z kredensu bochen chleba, ukroiwszy dwie kromki, rzucił je na drogę. Wtedy ujadanie ucichło.
Ale cała historia nie skończyła się na tym. W następną niedzielę ojciec poszedł do karczmy napić się z kompanami. Karczmarz wybudował sobie dom, co wszystkich wielce zdumiało, bo nie pracował nigdzie i nikt nie wiedział, skąd wziął na to pieniądze.
Wszyscy tedy zaczęli myśleć, że jest czarownikiem, że zarobił jako przewodnik wilków na usługach samego diabła. Ojciec, będąc wciąż pod wpływem strachu, opowiedział przygodę, jaka go spotkała. Karczmarz źle to przyjął, bo myślał, że to przytyk do jego osoby. Cała dyskusja przemieniła się w ogólną kłótnię. Niechęć obecnych zwróciła się przeciw karczmarzowi, który był uważany za przewodnika wilków.
Nieszczęśnik nie mógł mieć żadnej wątpliwości, kiedy na jego widok krzyczano: "Zabić wilka, zabić wilka!" Większej zniewagi nie mógł doznać.
Mój ojciec, będąc drwalem, pracował w odległych lasach. Powracał do domu nocą, często bardzo późno. Pewnego wieczoru, kiedy byliśmy już wszyscy w łóżku, zapukał do drzwi: "Otwórzcie" powiedział drżącym głosem. Już w domu powiedział: "Tyle się kręcę po tych lasach, nigdy się niczego nie bałem i nie wierzyłem różnym bajdom, ale teraz muszę przyznać, że przewodnicy wilków istnieją. Przy drodze do Neverdiere natknąłem się na człowieka otoczonego stadem wilków. Ręką nakazał dwóm wilkom towarzyszyć mi aż do wsi. Są tam na zewnątrz teraz i czekają. Słuchajcie, jak psy ujadają na nie".
Rzeczywiście zewsząd było słychać szczekanie psów. "Córko moja" rzekł mój ojciec, "wstań i rzuć im kawał chleba". Tak bardzo się trzęsłam, że za nic nie chciałam zejść z łóżka.
Ojciec wziął z kredensu bochen chleba, ukroiwszy dwie kromki, rzucił je na drogę. Wtedy ujadanie ucichło.
Ale cała historia nie skończyła się na tym. W następną niedzielę ojciec poszedł do karczmy napić się z kompanami. Karczmarz wybudował sobie dom, co wszystkich wielce zdumiało, bo nie pracował nigdzie i nikt nie wiedział, skąd wziął na to pieniądze.
Wszyscy tedy zaczęli myśleć, że jest czarownikiem, że zarobił jako przewodnik wilków na usługach samego diabła. Ojciec, będąc wciąż pod wpływem strachu, opowiedział przygodę, jaka go spotkała. Karczmarz źle to przyjął, bo myślał, że to przytyk do jego osoby. Cała dyskusja przemieniła się w ogólną kłótnię. Niechęć obecnych zwróciła się przeciw karczmarzowi, który był uważany za przewodnika wilków.
Nieszczęśnik nie mógł mieć żadnej wątpliwości, kiedy na jego widok krzyczano: "Zabić wilka, zabić wilka!" Większej zniewagi nie mógł doznać.
wtorek, 3 lutego 2015
Krasnoludki. Kaszuby 1934 rok.
Notka 58.
Bardzo żywa jest wiara w krasnoludki (krosnjęta), nazywane u Kaszubów na Pomorzu niemieckim undererczkji (podziomki), albo dromne (drobne). Są to małe istoty w postaci ludzkiej, wysokości mniej więcej stopy, mężczyźni i kobiety, których tryb życia jest identyczny z ludzkim: obchodzą oni wesela i chrzciny, mają nazwiska i są śmiertelni. Krasnoludki mieszkają na polu w starych mogiłach, w kupach kamieni, pod drzewami, pod piecem do chleba, w oborach lub stajniach, wreszcie w domu pod kominkiem. Ubiór ich jest czerwony i na głowie noszą czerwoną czapeczkę. Jedzą oni i piją ze złotych i srebrnych naczyń. Panuje nad nimi król, noszący złotą koronę na głowie. Jest to wesoły, towarzyski ludek, lubiący muzykę i tańce. Żyją oni do 1000 lat, ale nie posiadają duszy.
W stosunku do ludzi krosnjęta nie są na ogół usposobione wrogo. Domom, w których mieszkają, przynoszą szczęście. Ponieważ jednak pokazują się niechętnie, należy się strzec, żeby ich nie wypłoszyć przez zbytnią ciekawość. Jeżeli mieszkają w oborze lub stajni, mają pieczę o bydło, szczególnie o konie, którym splatają grzywę w małe warkoczyki. Zdarza się jednak także, że opiekują się one tylko jednym koniem, na którym jeżdżą w nocy, i że zabierają innym koniom owies dla niego. Za wyświadczone przysługi okazują wdzięczność, płacąc za uproszone mleko staremi, wycofanemi z obiegu pieniędzmi złotemi lub srebrnemi, lub polecając swym dobrodziejom zabranie tego, co znajdą na drodze; zazwyczaj jest to mierzwa końska, która następnie zamienia się w złoto.
Mściwość krośniąt jest wielka. Jeżeli wypłoszy się je przez zbytnią ciekawość, dotychczasowe szczęście zamieni się w nieszczęście. Chcąc odzyskać ich życzliwość, należy uszyć im czerwone sukienki i złożyć je w miejscu, gdzie usiłowano je podpatrzyć. Pewnemu dziewczęciu, którego krosnjęta zaprosiły na chrzciny, zakazano przy myciu napryskać sobie wody w oczy. Z ciekawości jednak dziewczyna mimo zakazu bryznęła sobie jedną kroplę wody w oko. Po kilku dniach ujrzała ona na targu krosnję i przemówiła do niego. Krosnję zapytało, którem okiem dziewczyna je widzi i otrzymawszy odpowiedz, że prawem, dmuchnęło w nie i natychmiast dziewczyna zaniewidziała na to oko.
Bardzo niebezpieczne są też krosnjęta dla nieochrzczonych jeszcze dzieci, ponieważ lubią je zamieniać za swoje niemowlęta, aby zostały u nich, jak wierzą Kaszubi, królami czy królowemi.Aby ochronić dzieci przed zamienieniem, wkładają im katoliccy Kaszubi różaniec lub szkaplerz na szyję, Kaszubi ewangeliccy zaś śpiewnik w kołyskę, albo też dodaje się do wody kąpielowej odwaru z ziół święconych. O ile mimo to zajdzie wypadek zamiany, matka poznaje nieraz po tem, że dziecko krosnjąt ma starcze i brzydkie rysy twarzy; wówczas powinna ona bić dziecko aż do krwi, a otrzyma swe dziecko z powrotem, co prawda również pobite. Jeżeli nie zauważy zamiany, dziecko pozostanie karłem. Wówczas powinna zacząć gotować papkę lub warzyć piwo w skorupie od jajka, albo też przygotowywać potrawę z rozmaitych niejadalnych rzeczy, a gdy dziecko wyrazi zdziwienie z tego powodu, bić je aż do krwi, a otrzyma się swe dziecko z powrotem. O ludziach małego wzrostu mówi się często, że są zamienionemi w kołysce krosnjętami.
Bardzo żywa jest wiara w krasnoludki (krosnjęta), nazywane u Kaszubów na Pomorzu niemieckim undererczkji (podziomki), albo dromne (drobne). Są to małe istoty w postaci ludzkiej, wysokości mniej więcej stopy, mężczyźni i kobiety, których tryb życia jest identyczny z ludzkim: obchodzą oni wesela i chrzciny, mają nazwiska i są śmiertelni. Krasnoludki mieszkają na polu w starych mogiłach, w kupach kamieni, pod drzewami, pod piecem do chleba, w oborach lub stajniach, wreszcie w domu pod kominkiem. Ubiór ich jest czerwony i na głowie noszą czerwoną czapeczkę. Jedzą oni i piją ze złotych i srebrnych naczyń. Panuje nad nimi król, noszący złotą koronę na głowie. Jest to wesoły, towarzyski ludek, lubiący muzykę i tańce. Żyją oni do 1000 lat, ale nie posiadają duszy.
W stosunku do ludzi krosnjęta nie są na ogół usposobione wrogo. Domom, w których mieszkają, przynoszą szczęście. Ponieważ jednak pokazują się niechętnie, należy się strzec, żeby ich nie wypłoszyć przez zbytnią ciekawość. Jeżeli mieszkają w oborze lub stajni, mają pieczę o bydło, szczególnie o konie, którym splatają grzywę w małe warkoczyki. Zdarza się jednak także, że opiekują się one tylko jednym koniem, na którym jeżdżą w nocy, i że zabierają innym koniom owies dla niego. Za wyświadczone przysługi okazują wdzięczność, płacąc za uproszone mleko staremi, wycofanemi z obiegu pieniędzmi złotemi lub srebrnemi, lub polecając swym dobrodziejom zabranie tego, co znajdą na drodze; zazwyczaj jest to mierzwa końska, która następnie zamienia się w złoto.
Mściwość krośniąt jest wielka. Jeżeli wypłoszy się je przez zbytnią ciekawość, dotychczasowe szczęście zamieni się w nieszczęście. Chcąc odzyskać ich życzliwość, należy uszyć im czerwone sukienki i złożyć je w miejscu, gdzie usiłowano je podpatrzyć. Pewnemu dziewczęciu, którego krosnjęta zaprosiły na chrzciny, zakazano przy myciu napryskać sobie wody w oczy. Z ciekawości jednak dziewczyna mimo zakazu bryznęła sobie jedną kroplę wody w oko. Po kilku dniach ujrzała ona na targu krosnję i przemówiła do niego. Krosnję zapytało, którem okiem dziewczyna je widzi i otrzymawszy odpowiedz, że prawem, dmuchnęło w nie i natychmiast dziewczyna zaniewidziała na to oko.
Bardzo niebezpieczne są też krosnjęta dla nieochrzczonych jeszcze dzieci, ponieważ lubią je zamieniać za swoje niemowlęta, aby zostały u nich, jak wierzą Kaszubi, królami czy królowemi.Aby ochronić dzieci przed zamienieniem, wkładają im katoliccy Kaszubi różaniec lub szkaplerz na szyję, Kaszubi ewangeliccy zaś śpiewnik w kołyskę, albo też dodaje się do wody kąpielowej odwaru z ziół święconych. O ile mimo to zajdzie wypadek zamiany, matka poznaje nieraz po tem, że dziecko krosnjąt ma starcze i brzydkie rysy twarzy; wówczas powinna ona bić dziecko aż do krwi, a otrzyma swe dziecko z powrotem, co prawda również pobite. Jeżeli nie zauważy zamiany, dziecko pozostanie karłem. Wówczas powinna zacząć gotować papkę lub warzyć piwo w skorupie od jajka, albo też przygotowywać potrawę z rozmaitych niejadalnych rzeczy, a gdy dziecko wyrazi zdziwienie z tego powodu, bić je aż do krwi, a otrzyma się swe dziecko z powrotem. O ludziach małego wzrostu mówi się często, że są zamienionemi w kołysce krosnjętami.
niedziela, 1 lutego 2015
Wiara w olbrzymy i dzikich ludzi. Powiat Chrzanowski 1914 rok.
Notka 57
Wiara w olbrzymy i dzikich ludzi u naszego ludu uporczywie się utrzymuje. Mają to być ludzie z rogami na głowie, są także ludzie wodni, którzy mają głowy i piersi ludzkie, a resztę ciała pokrytą rybią łuską.
Na drugim świecie z tamtej strony żyją ludzie dzicy, zupełnie do nas podobni, ale całe ich ciało jest włosem pokryte.
Wierzą również, że pierwsi ludzie byli tak olbrzymiego wzrostu, iż największego świerka używali za biczysko, a gdy jeden z nich siedział na Bielanach, warząchew strawy podał drugiemu, siedzącemu na zamku lipowieckim. W Kalwaryi i w Krakowie są do dnia dzisiejszego żebra tych olbrzymów lub ich dzieci. Po nas będą atoli ludzie tak mali, iż 12 par swobodnie pod przetakiem tańczyć będzie.
Dzicy ludzie, mający jedno oko nazywają się kałmukami.
Wiara w olbrzymy i dzikich ludzi u naszego ludu uporczywie się utrzymuje. Mają to być ludzie z rogami na głowie, są także ludzie wodni, którzy mają głowy i piersi ludzkie, a resztę ciała pokrytą rybią łuską.
Na drugim świecie z tamtej strony żyją ludzie dzicy, zupełnie do nas podobni, ale całe ich ciało jest włosem pokryte.
Wierzą również, że pierwsi ludzie byli tak olbrzymiego wzrostu, iż największego świerka używali za biczysko, a gdy jeden z nich siedział na Bielanach, warząchew strawy podał drugiemu, siedzącemu na zamku lipowieckim. W Kalwaryi i w Krakowie są do dnia dzisiejszego żebra tych olbrzymów lub ich dzieci. Po nas będą atoli ludzie tak mali, iż 12 par swobodnie pod przetakiem tańczyć będzie.
Dzicy ludzie, mający jedno oko nazywają się kałmukami.
Czyszczenie się pieniędzy. Golęcin 1857 rok.
Notka 56.
Z Golęcina donoszą, że tam odkryto starożytne groby z popielnicami i rozmaitemi przedmiotami, sięgającemi zamierzchłych czasów. O tych grobach dawne chodziły w okolicy wieści; powiadano, że są na polach golęcińskich ukryte skarby, że się palą pieniądze, i właśnie teraz, kiedy pługi wyszły w pole i zaczęto orać, natrafiły w jednym miejscu na pewien rodzaj bruku, który naprowadził oraczy na myśl, czyli pod owym brukiem nie znajdują się skarby ukryte. Jakoż po odwaleniu kamieni, pokazały się groby z popielnicami. Dotąd odkryto ich trzy i znaleziono w urnach popioły z kośćmi i różne złote klejnoty, pierścienie, sprzączki, guziki i inne sprzęty niewiadomego użytku. Ponieważ archeologija może tu być sowicie zbogaconą, przeto poszukiwania odbywać się będą dalsze i w swoim czasie zdamy sprawę, skoro znawcy obejrzą i ocenią starożytności w owych grobach wykopane. Faktem jest tymczasem, że nieraz widziano unoszące się płomyki nad ziemią na tych polach; jaka tego przyczyna, nie dociekano. Lud mówi, że to pieniądze zakopane się czyszczą.
A propos tego przypadku przytoczyć możem podobny fakt, którego naocznymi byliśmy świadkami. Porą wiosenną w nocy w roku ubiegłym, ujrzeliśmy na ogrodzie przy kościele śto-Marcińskim tu w Poznaniu wznoszący się niby ogień, niby łunę nad ziemią. Zrazu rozumieliśmy, że ogień gdzieś się zajął i pożar nastąpi; tymczasem przekonaliśmy się, że jasność wychodziła z ziemi. Nazajutrz dla ciekawości kopano w tem miejscu, i w głębokości stóp czterech znaleziono trumny obok siebie stojące, w których znajdowały się szkielety dawno zmarłych ludzi.
Z Golęcina donoszą, że tam odkryto starożytne groby z popielnicami i rozmaitemi przedmiotami, sięgającemi zamierzchłych czasów. O tych grobach dawne chodziły w okolicy wieści; powiadano, że są na polach golęcińskich ukryte skarby, że się palą pieniądze, i właśnie teraz, kiedy pługi wyszły w pole i zaczęto orać, natrafiły w jednym miejscu na pewien rodzaj bruku, który naprowadził oraczy na myśl, czyli pod owym brukiem nie znajdują się skarby ukryte. Jakoż po odwaleniu kamieni, pokazały się groby z popielnicami. Dotąd odkryto ich trzy i znaleziono w urnach popioły z kośćmi i różne złote klejnoty, pierścienie, sprzączki, guziki i inne sprzęty niewiadomego użytku. Ponieważ archeologija może tu być sowicie zbogaconą, przeto poszukiwania odbywać się będą dalsze i w swoim czasie zdamy sprawę, skoro znawcy obejrzą i ocenią starożytności w owych grobach wykopane. Faktem jest tymczasem, że nieraz widziano unoszące się płomyki nad ziemią na tych polach; jaka tego przyczyna, nie dociekano. Lud mówi, że to pieniądze zakopane się czyszczą.
A propos tego przypadku przytoczyć możem podobny fakt, którego naocznymi byliśmy świadkami. Porą wiosenną w nocy w roku ubiegłym, ujrzeliśmy na ogrodzie przy kościele śto-Marcińskim tu w Poznaniu wznoszący się niby ogień, niby łunę nad ziemią. Zrazu rozumieliśmy, że ogień gdzieś się zajął i pożar nastąpi; tymczasem przekonaliśmy się, że jasność wychodziła z ziemi. Nazajutrz dla ciekawości kopano w tem miejscu, i w głębokości stóp czterech znaleziono trumny obok siebie stojące, w których znajdowały się szkielety dawno zmarłych ludzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)