Notka 26
Koniecznie kociołki, a nie żadne inne naczynia. Gdy wojny pustoszyły Biecz, gdy go zarazy wyludniały, a kas nie było, wtedy pieniądze często zakopywano. Wielu później tych pieniędzy szukało. Niedawno, gdy piekarz Janusz budował swoją kamienicę, robotnicy jego znaleźli zawiniątko ze srebrnymi pieniądzmi, zdaje się cwancyngierami zawiniętymi w gumie. Rozdarto te pieniądze tak, że ani jednego nie zobaczyłem. U Kukułów mieszkających tam gdzie dom Białkowskich, była bieda wielka. Otóż ten Kukuła odkopał pono powiada Zajdlowa, "kociołek z pieniędzmi". Od ich domu idzie piwnica ku świętemu Florianowi. W niej, gdy ktoś o ścianę uderzył to brzęczało. Najął robotników i zaczęli kopać. Gdy usłyszeli brzęk, pod pozorem, że tam woda bulczy, że tam studnia, robotników oddalił i pieniądze sam odkopał. Jeździł potem na Węgry pieniądze mieniać, i gdy przedtem był tak ubogi, że nie miał za co kupić ćwiartki kukurydzy i do Lignara chodził pożyczać, to potem kupił folwark. Tomczyńskiemu też diabeł wskazał miejsce gdzie jest ukryty kociołek.Mitoraj na przedmieściu a inni mówią, że w Szerzynach "kociołek" odkopał a Zosia jego córka była bardzo bogata i piękna. Za pamięci Zajdlowej, Dziegciowski z kilku innymi kopali na górze zamkowej szukając kociołków, lecz nie znaleźli.
Trzeci dom na zachód od bożnicy należał do żyda Pery a przedtem był własnością biskupów, podobnie jak dom Gotza. Legenda mówi, że Gotz odkopał tam w piwnicach ukryty przed nieprzyjacielem skarbiec kościelny: wota, monstrancje et. cet. Wszystko stopił, lecz szczęścia mu to nie przyniosło. Córka mu zwariowała, syn ogarbiał i młodo umarł.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Świat przyszły w wyobrażeniach ludu żydowskiego w Polsce. Rok 1902.
Notka 25
" Kiedyś nastąpi wielka, straszna wojna (Żyd tak się boi tej wojny, że woli nie doczekać przyjścia Mesyasza, byleby tylko w tej walce nie brać udziału). Wszystkie ludy bić się ze sobą będą. Przyjdzie Gogimugik (albo Gog-magog), olbrzym, wysoki jak od nieba do ziemi i bić będzie żydów.
Teraz śpi ten Gogimugik w pustyni, ale gdy nadejdzie pora, to się przebudzi.
Bóg ześle na pomoc żydom Mesyasza, syna Józefa, ale Gogimugik go zabije.
Gdy większość żydów polegnie, to przyjdzie drugi Mesyasz, syn Dawida; ten powali Gogimugika i położy koniec walce.
Zernbabel, syn Falfiela, zmówi pacierz za poległych, który to pacierz wszyscy, nawet grzesznicy w piekle, zakończą słowem "amen". Wywoła to wielką wrzawę. Aniołowie doniosą Bogu, że najgłośniejsze "amen" pochodzi z piekła i Bóg zmiłuje się. Aniołom Michałowi i Gabryelowi odda klucze od wrót piekielnych i rozkaże wypuścić grzeszników, poczem archanioł Michał zatrąbi; "odżyjcie umarli".
I zmartwychwstaną wszyscy i Mesyasz poprowadzi ich do Jerozolimy. Kości w grobie toczyć się będą pod ziemią, aż się dowloką do świętego miasta.
Zanim przyjdą do ziemi obiecanej, będą musieli przejść przez dwa mosty: sprawiedliwi wszystkich ludów pójdą po papierowym moście, zaś grzesznicy i wrogowie żydów - po żelaznym. Pierwsi dostaną się na drugą stronę, bo aniołowie most ich podtrzymywać będą, drudzy, t.j. grzesznicy, zapadną się w morze.
W Jerozolimie połączą się żydzi z pokoleniem Mojżesza, t.zw. czerwonymi żydkami, ludem rosłym i pięknym (Inni mówią, że czerwoni żydkowie są mali, ale piękni i silni), żyjącym za rzeką Sambatyą. Ludek to szczęśliwy bardzo, nikt u nich nie umiera, a gdy kto z nich ma ochotę umrzeć, to idzie za miasto, kładzie głowę na pewnym kamieniu i umiera. Teraz czerwoni żydkowie przejść rzeki Sambatyi nie mogą(Jedni powiadają, że gdyby kto zdołał zbliżyć się do Sambatyi, to Mesyasz zaraz by przyszedł, drudzy mówią, że byli tacy, co przeszli tę rzekę.), bo zionie ona ogniem i kamienie z siebie wyrzuca, w piątek wieczorem i w sobotę przycicha, ale gdy Mesyasz, syn Dawida, przyjdzie, Sambatya na zawsze się uspokoi.
I wyprawi Mesyasz wielką ucztę, na której uraczy wszystkich mięsem olbrzymiego wołu (zwie się wół ten: szor-ha-bor), pasącego się od początku świata na łąkach raju; rybą lewiatanem, która żyje we wszystkich wodach i - winem przygotowanym jeszcze przez Adama, a przechowywanem w piwnicach raju.
Król Dawid, pobłogosławi wszystkich ucztujących, a aniołowie usługiwać im będą.
Zapanuje powszechna szczęśliwość. Wszyscy kochać się będą, wszyscy będą sobie równi. Ziemia gotowe placki rodzić będzie.
Stanie napowrót świątynia, lud składać będzie ofiary Bogu, a gdy kto zgrzeszy, to zaraz będzie wiedział, kiedy grzech został mu wybaczony. Życie będzie wieczne, zły duch będzie zabity, a siły nieczyste wygnane ze świata."
" Kiedyś nastąpi wielka, straszna wojna (Żyd tak się boi tej wojny, że woli nie doczekać przyjścia Mesyasza, byleby tylko w tej walce nie brać udziału). Wszystkie ludy bić się ze sobą będą. Przyjdzie Gogimugik (albo Gog-magog), olbrzym, wysoki jak od nieba do ziemi i bić będzie żydów.
Teraz śpi ten Gogimugik w pustyni, ale gdy nadejdzie pora, to się przebudzi.
Bóg ześle na pomoc żydom Mesyasza, syna Józefa, ale Gogimugik go zabije.
Gdy większość żydów polegnie, to przyjdzie drugi Mesyasz, syn Dawida; ten powali Gogimugika i położy koniec walce.
Zernbabel, syn Falfiela, zmówi pacierz za poległych, który to pacierz wszyscy, nawet grzesznicy w piekle, zakończą słowem "amen". Wywoła to wielką wrzawę. Aniołowie doniosą Bogu, że najgłośniejsze "amen" pochodzi z piekła i Bóg zmiłuje się. Aniołom Michałowi i Gabryelowi odda klucze od wrót piekielnych i rozkaże wypuścić grzeszników, poczem archanioł Michał zatrąbi; "odżyjcie umarli".
I zmartwychwstaną wszyscy i Mesyasz poprowadzi ich do Jerozolimy. Kości w grobie toczyć się będą pod ziemią, aż się dowloką do świętego miasta.
Zanim przyjdą do ziemi obiecanej, będą musieli przejść przez dwa mosty: sprawiedliwi wszystkich ludów pójdą po papierowym moście, zaś grzesznicy i wrogowie żydów - po żelaznym. Pierwsi dostaną się na drugą stronę, bo aniołowie most ich podtrzymywać będą, drudzy, t.j. grzesznicy, zapadną się w morze.
W Jerozolimie połączą się żydzi z pokoleniem Mojżesza, t.zw. czerwonymi żydkami, ludem rosłym i pięknym (Inni mówią, że czerwoni żydkowie są mali, ale piękni i silni), żyjącym za rzeką Sambatyą. Ludek to szczęśliwy bardzo, nikt u nich nie umiera, a gdy kto z nich ma ochotę umrzeć, to idzie za miasto, kładzie głowę na pewnym kamieniu i umiera. Teraz czerwoni żydkowie przejść rzeki Sambatyi nie mogą(Jedni powiadają, że gdyby kto zdołał zbliżyć się do Sambatyi, to Mesyasz zaraz by przyszedł, drudzy mówią, że byli tacy, co przeszli tę rzekę.), bo zionie ona ogniem i kamienie z siebie wyrzuca, w piątek wieczorem i w sobotę przycicha, ale gdy Mesyasz, syn Dawida, przyjdzie, Sambatya na zawsze się uspokoi.
I wyprawi Mesyasz wielką ucztę, na której uraczy wszystkich mięsem olbrzymiego wołu (zwie się wół ten: szor-ha-bor), pasącego się od początku świata na łąkach raju; rybą lewiatanem, która żyje we wszystkich wodach i - winem przygotowanym jeszcze przez Adama, a przechowywanem w piwnicach raju.
Król Dawid, pobłogosławi wszystkich ucztujących, a aniołowie usługiwać im będą.
Zapanuje powszechna szczęśliwość. Wszyscy kochać się będą, wszyscy będą sobie równi. Ziemia gotowe placki rodzić będzie.
Stanie napowrót świątynia, lud składać będzie ofiary Bogu, a gdy kto zgrzeszy, to zaraz będzie wiedział, kiedy grzech został mu wybaczony. Życie będzie wieczne, zły duch będzie zabity, a siły nieczyste wygnane ze świata."
Zamek w Sanoku. 1907 rok.
Notka 24
Jak każda stara budowla, tak i zamek sanocki, położony na skalistej górze tuż nad Sanem, kryje według mniemania wielu w swojem wnętrzu dziwne tajemnice. Ma on także swoje duchy, które o północy wychodzą z jego głębokich lochów i jęcząc, straszą trupim obliczem przechodzących ludzi. W podziemnych lochach, ciągnących się aż do zwalisk Sobieńskiego zamku w Załużu i do ruin pokarmelickiego klasztoru w Zagórzu, słyszeć się nieraz daje chrzęst żelaza i dziwne szmery. Mają tam być także ukryte ogromne skarby, których "złe" strzeże.
Dawniej widywano, jak nieraz o północy wyjeżdżał z podwórza zamkowego powóz, zaprzężony w cztery czarne konie, a w nim siedzieli: mężczyzna i kobieta, oboje w czarnym stroju. Powóz ten zajeżdżał na stary cmentarz klasztorny Najświętszej Panny Maryi (gdzie dziś magazyn wojskowy naprzeciw sądu) i tam znikał.
Kobieta ta za życia była żoną burgrabiego zamkowego, lecz schwytana na wiarołomstwie została wraz ze swoim uwodzicielem stracona. Dotąd dusze ich pokutują w tych miejscach, schodząc się razem.
Jak każda stara budowla, tak i zamek sanocki, położony na skalistej górze tuż nad Sanem, kryje według mniemania wielu w swojem wnętrzu dziwne tajemnice. Ma on także swoje duchy, które o północy wychodzą z jego głębokich lochów i jęcząc, straszą trupim obliczem przechodzących ludzi. W podziemnych lochach, ciągnących się aż do zwalisk Sobieńskiego zamku w Załużu i do ruin pokarmelickiego klasztoru w Zagórzu, słyszeć się nieraz daje chrzęst żelaza i dziwne szmery. Mają tam być także ukryte ogromne skarby, których "złe" strzeże.
Dawniej widywano, jak nieraz o północy wyjeżdżał z podwórza zamkowego powóz, zaprzężony w cztery czarne konie, a w nim siedzieli: mężczyzna i kobieta, oboje w czarnym stroju. Powóz ten zajeżdżał na stary cmentarz klasztorny Najświętszej Panny Maryi (gdzie dziś magazyn wojskowy naprzeciw sądu) i tam znikał.
Kobieta ta za życia była żoną burgrabiego zamkowego, lecz schwytana na wiarołomstwie została wraz ze swoim uwodzicielem stracona. Dotąd dusze ich pokutują w tych miejscach, schodząc się razem.
Pasiecznik. Buczacz 1906 rok.
Notka 23
Pasiecznik jest to sobie mały chłopczyk, porządnie ubrany z czerwoną czapeczką na głowie i z fajką na długim cybuchu. Trzymają go bogaci gospodarze, aby im pilnował gospodarstwa, a szczególnie pasieki. Nazwiska jego nie wolno powiedzieć, a najbardziej gniewa się, gdy go kto nazwie czortem. Chłopi nawet w opowiadaniach o pasieczniku nie ważą się jego nazwiska powiedzieć, aby dyabła nie wywołać, tylko mówią o nim przez trzecią osobę mówiąc: "On".
Pewien parobek dostał się na służbę do bogatego chłopa, o którym powiadano, że ma pasiecznika.
Raz parobek nocował w pasiece, tymczasem "On" go zobaczył i zaczął na parobka dym z fajki puszczać. Parobek podniósł głowę i zobaczył maleńkiego chłopczyka, który mu się z ciekawością przypatrywał. Rozgniewany parobek porwał cep i nuż za nim gonić po pasiece, lecz "On" jak kuna uciekał po wszystkich kątach. Parobek bił ciągle cepem i mówił: "Raz,raz,raz", a był to mądry parobek, bo gdyby był powiedział: "Dwa", byłby mu "On" głowę urwał. Gdy się parobek zmachał, spostrzegł z przerażeniam, że stodoła się pali, a tu nie ma którędy uciekać, aż tu zobaczył okno tarniną założone. Wyrwał tedy czemprędzej tarninę i uciekł przez okno, patrzy, a pasieka jak stała tak stoi, tylko przestraszone parobczysko ręce sobie pokaleczył. Nie dość na te, zaczął uciekać do domu, ale "On" drogę mu na bagna skierował. Parobek wpadł do błota i byłby utoną, ale zobaczył światełko, a tatunio mu mówił,że "On" czasem w postaci światełka goni po bagnach i ludzi topi. Został tedy w błocie do samego rana, dopiero jak się rozwidniło,poznał gdzie był i wrócił do domu. U tego gospodarza było w stodole sześć beczek jabłek. Otóż parobek ten chciał raz sobie wziąć kilka jabłek, podniósł pokrywę, a tu "On" przemienił w "hadiukę" ta na parobka. Ten w nogi, ledwie ze życiem uciekł. Podziękował tedy za służbę, chociaż mu tam dobrze było.
Gospodarz tedy przyjął do służby dziewkę. W jesieni robiono u niego miód do picia, a potem w Buczaczu żydom sprzedawano. Gospodarz mówi do dziewki: "Nie pij tego miodu, bo sobie narobisz kłopotu". Nie wiedziała ona, że nocną porą "On" dolewał gospodarzowi do miodu mocy. Jakoś raz w niedzielę napiła się dziewka z beczki słodkiego miodu i wyszła na ogród. Patrzy, a to idą dwaj panicze w czerwonych czapeczkach i proszą ją do tańca. Muzyka rżnie od ucha, dziewce nogi zaczynają podskakiwać, a panicze koło niej hulają i cieszą się. Wtem ktoś krzyknął dziewce do ucha: "Maryanna uchwyć się wianka".
Dziewka to zrozumiała i złapała za szkaplerz, co go miała na sobie. Patrzy a tu panicze uciekli, a ona z pokaleczonemi nogami w błocie siedzi. Nie chciała już więcej u tego gospodarza służyć.
Antoni Siewiński, nauczyciel w Buczaczu.
Pasiecznik jest to sobie mały chłopczyk, porządnie ubrany z czerwoną czapeczką na głowie i z fajką na długim cybuchu. Trzymają go bogaci gospodarze, aby im pilnował gospodarstwa, a szczególnie pasieki. Nazwiska jego nie wolno powiedzieć, a najbardziej gniewa się, gdy go kto nazwie czortem. Chłopi nawet w opowiadaniach o pasieczniku nie ważą się jego nazwiska powiedzieć, aby dyabła nie wywołać, tylko mówią o nim przez trzecią osobę mówiąc: "On".
Pewien parobek dostał się na służbę do bogatego chłopa, o którym powiadano, że ma pasiecznika.
Raz parobek nocował w pasiece, tymczasem "On" go zobaczył i zaczął na parobka dym z fajki puszczać. Parobek podniósł głowę i zobaczył maleńkiego chłopczyka, który mu się z ciekawością przypatrywał. Rozgniewany parobek porwał cep i nuż za nim gonić po pasiece, lecz "On" jak kuna uciekał po wszystkich kątach. Parobek bił ciągle cepem i mówił: "Raz,raz,raz", a był to mądry parobek, bo gdyby był powiedział: "Dwa", byłby mu "On" głowę urwał. Gdy się parobek zmachał, spostrzegł z przerażeniam, że stodoła się pali, a tu nie ma którędy uciekać, aż tu zobaczył okno tarniną założone. Wyrwał tedy czemprędzej tarninę i uciekł przez okno, patrzy, a pasieka jak stała tak stoi, tylko przestraszone parobczysko ręce sobie pokaleczył. Nie dość na te, zaczął uciekać do domu, ale "On" drogę mu na bagna skierował. Parobek wpadł do błota i byłby utoną, ale zobaczył światełko, a tatunio mu mówił,że "On" czasem w postaci światełka goni po bagnach i ludzi topi. Został tedy w błocie do samego rana, dopiero jak się rozwidniło,poznał gdzie był i wrócił do domu. U tego gospodarza było w stodole sześć beczek jabłek. Otóż parobek ten chciał raz sobie wziąć kilka jabłek, podniósł pokrywę, a tu "On" przemienił w "hadiukę" ta na parobka. Ten w nogi, ledwie ze życiem uciekł. Podziękował tedy za służbę, chociaż mu tam dobrze było.
Gospodarz tedy przyjął do służby dziewkę. W jesieni robiono u niego miód do picia, a potem w Buczaczu żydom sprzedawano. Gospodarz mówi do dziewki: "Nie pij tego miodu, bo sobie narobisz kłopotu". Nie wiedziała ona, że nocną porą "On" dolewał gospodarzowi do miodu mocy. Jakoś raz w niedzielę napiła się dziewka z beczki słodkiego miodu i wyszła na ogród. Patrzy, a to idą dwaj panicze w czerwonych czapeczkach i proszą ją do tańca. Muzyka rżnie od ucha, dziewce nogi zaczynają podskakiwać, a panicze koło niej hulają i cieszą się. Wtem ktoś krzyknął dziewce do ucha: "Maryanna uchwyć się wianka".
Dziewka to zrozumiała i złapała za szkaplerz, co go miała na sobie. Patrzy a tu panicze uciekli, a ona z pokaleczonemi nogami w błocie siedzi. Nie chciała już więcej u tego gospodarza służyć.
Antoni Siewiński, nauczyciel w Buczaczu.
niedziela, 11 stycznia 2015
Nieboszczka ożyła. 1905 rok
Notka 22
Jedna kobieta bardzo słabowała, leżała długo w łóżku a potem umarła i zostawiła małe dziecko od piersi. Zaraz pierwszej nocy po pogrzebie przyszła do domu i nakarmiła dziecko i tak chodziła coś przez czternaście nocy. Wtedy jej mąż poszedł do księdza, opowiedział, co się działo i radził się,co ma robić. Ksiądz mówi: "Trzeba, żeby były dwa chłopy w domu i zaświecić świecę i postawić ją koło łóżka, koło siebie. Jeden niech leży w łóżku, a drugi niech siedzi przy świecy. Jak nieboszczka przyjdzie, to niech ją jeden chłop chwyci za prawe ramię". Jak ksiądz kazał, tak zrobili. W nocy nieboszczka weszła, ale skoro zobaczyła światło, chciała uciekać. Wtedy ją chłop przytrzymał za ramię i nie puścił aż do rana, chociaż wołała: "Puśćcie mnie, ja jeszcze tylko przez dwanaście dni będę przychodziła!". Rano przyszedł ksiądz i wyspowiadał ją a nieboszczka wtedy rozebrała się z tego wszystkiego, w co ją ubrali do trumny i żyła jeszcze potem przez dwanaście lat.
Opowiadała Rózia Ziuberówna.
Jedna kobieta bardzo słabowała, leżała długo w łóżku a potem umarła i zostawiła małe dziecko od piersi. Zaraz pierwszej nocy po pogrzebie przyszła do domu i nakarmiła dziecko i tak chodziła coś przez czternaście nocy. Wtedy jej mąż poszedł do księdza, opowiedział, co się działo i radził się,co ma robić. Ksiądz mówi: "Trzeba, żeby były dwa chłopy w domu i zaświecić świecę i postawić ją koło łóżka, koło siebie. Jeden niech leży w łóżku, a drugi niech siedzi przy świecy. Jak nieboszczka przyjdzie, to niech ją jeden chłop chwyci za prawe ramię". Jak ksiądz kazał, tak zrobili. W nocy nieboszczka weszła, ale skoro zobaczyła światło, chciała uciekać. Wtedy ją chłop przytrzymał za ramię i nie puścił aż do rana, chociaż wołała: "Puśćcie mnie, ja jeszcze tylko przez dwanaście dni będę przychodziła!". Rano przyszedł ksiądz i wyspowiadał ją a nieboszczka wtedy rozebrała się z tego wszystkiego, w co ją ubrali do trumny i żyła jeszcze potem przez dwanaście lat.
Opowiadała Rózia Ziuberówna.
Kościół Świętej Jadwigi w Trzebnicy na Szląsku. Wydano 1852 roku.
Notka 21
O trzy mile od Wrocławia, w Szląsku, po prawej stronie Odry, napotyka się, w miłem między wzgórzami położeniu, niewielkie ale schludne miasteczko Trzebnica, dziś już zupełnie zniemczałe, sławne kościołem, w którym grób świętej Jadwigi się mieści.Kościół ten, wraz z okazałym klasztorem do niego należącym, założonym został przez Henryka Brodatego, męża świętobliwej Jadwigi. Podług tradycyi miał on kiedyś na polowaniu zagrząść z koniem w źródlisku tu się znajdującem, a niemając z niskąd pomocy, uczynił ślub, że jeśli się wyratuje kościół w tem miejscu wystawi. Źródlisko ono, ocembrowane studzienką, dotąd istnieje w piwnicy pod kościołem; pobożni pielgrzymi przyznają mu moc cudowną w uzdrawianiu chorób, a osobliwie ślepoty.
Kościół wraz z klasztorem oddanym został zgromadzeniu Cysterek, hojnie przez założyciela uposażonemu.Gadka gminna opowiada że pierwsza zakonu tego ksieni, Pietrusza na imię, z Niemiec sprowadzona, gdy jej Henryk oddając klasztor zapytał czy jeszcze w nim czego nie trzeba, odpowiedziała: "trzeba nic" - zkąd wziąść się miała nazwa Trzebnicy. Wywód niezbyt dowcipny, a co gorsza nieprawdziwy, bo oczywiście nazwa ta od trzebienia zalegającego tu niegdyś lasu powstała.
Dziś, po zniesieniu przez rząd pruski klasztorów i odebraniu na skarb bogatej fundacyi, przy kościele trzebnickim kilku tylko jest księży, z których jeden przynajmniej zwykle po polsku umie. Ciało Świętej Jadwigi leży w samym kościele, w okazałym z marmuru, ale niezbyt dawnej struktury, grobie; głowa jej przechowuje się w kosztownym i starożytnym relikwiarzu, uwieńczonym mitrą książęcą. Oprócz tej patronki w kościele tym znajdują się groby wielu książąt i księżn z rodziny Piastów.
Ludność polska Szląska górnego i dolnego (koło Sycowa, Międzyborza, Milicza), tudzież powiatów wielkopolskich Szląskowi przyległych, w wielkiej czci chowa kościół trzebnicki i częste mi go pielgrzymkami nawiedza. pomiędzy tą to ludnością krąży następne, myślą, poetycznością i treścią wielce zajmujące podanie.
"Za dawnych czasów przyszli raz byli pod Trzebnicę Turcy, z ogromnem wojskiem, domagając się ażeby Polacy przeszli na ich wiarę, a kościół na turecki zamienili. Polacy, choć ich była tylko bardzo mała garstka, nie chcieli na to przystać, ale zaczęli się bić. Bili się tak doskonale, że chociaż zaledwie jeden Chrześcijan był na dziesięciu Turków, pobili ich przecież wszystkich; ale cóż, kiedy i z Polaków jedyny jeden dowódca żywy został, a i ten śmiertelnie zraniony. Święta Jadwiga uprosiła wtedy u Matki Boskiej, że zranionemu dowódcy wróciła zdrowie, a wszystkim co za wiarę świętą polegli, śmierć na sen zamieniła. Leżą oni wszyscy, przez aniołów przeniesieni, wraz z bronią swoją, w ogromnej jaskini pod trzebnickim kościołem; rany ich się pogoiły, śpią twardo, ale żyją. Sam jeden dowódca nie śpi: w pośrodku lochu siedzi na kamieniu, z ogromną brodą, na pałaszu oparty, i odmawia różaniec".
"Dawniejszemi nieco czasy jaskinia ta nie była bardzo głęboko pod ziemią, a jedna dziewucha, biorąc piasek, natrafiła raz na wejście. Weszła, aż obaczywszy owych rycerzy, zlękła się srodze, lecz dowódca przemówił do niej, żeby się nie bała, ostrzegł tylko żeby wychodząc nie poruszyła dzwonu u wnijścia wiszącego. Płocha dziewczyna umyślnie go poruszyła; i oto, na dźwięk dzwonu wszyscy wojacy schwycili się ze snu i stanęli pod bronią. Rozgniewany wódz, że wojsku jego sen przed czasem przerwano, zamknął się z niemgłębiej w ziemię, i odtąd nikt jaskini tej znaleźć nie może. Ale kiedy będzie wojna o wiarę, dowódca ów sam w dzwon uderzy, a śpiący rycerze wstaną, wyjdą na świat z bronią, będą walczyć i zwyciężać"
O trzy mile od Wrocławia, w Szląsku, po prawej stronie Odry, napotyka się, w miłem między wzgórzami położeniu, niewielkie ale schludne miasteczko Trzebnica, dziś już zupełnie zniemczałe, sławne kościołem, w którym grób świętej Jadwigi się mieści.Kościół ten, wraz z okazałym klasztorem do niego należącym, założonym został przez Henryka Brodatego, męża świętobliwej Jadwigi. Podług tradycyi miał on kiedyś na polowaniu zagrząść z koniem w źródlisku tu się znajdującem, a niemając z niskąd pomocy, uczynił ślub, że jeśli się wyratuje kościół w tem miejscu wystawi. Źródlisko ono, ocembrowane studzienką, dotąd istnieje w piwnicy pod kościołem; pobożni pielgrzymi przyznają mu moc cudowną w uzdrawianiu chorób, a osobliwie ślepoty.
Kościół wraz z klasztorem oddanym został zgromadzeniu Cysterek, hojnie przez założyciela uposażonemu.Gadka gminna opowiada że pierwsza zakonu tego ksieni, Pietrusza na imię, z Niemiec sprowadzona, gdy jej Henryk oddając klasztor zapytał czy jeszcze w nim czego nie trzeba, odpowiedziała: "trzeba nic" - zkąd wziąść się miała nazwa Trzebnicy. Wywód niezbyt dowcipny, a co gorsza nieprawdziwy, bo oczywiście nazwa ta od trzebienia zalegającego tu niegdyś lasu powstała.
Dziś, po zniesieniu przez rząd pruski klasztorów i odebraniu na skarb bogatej fundacyi, przy kościele trzebnickim kilku tylko jest księży, z których jeden przynajmniej zwykle po polsku umie. Ciało Świętej Jadwigi leży w samym kościele, w okazałym z marmuru, ale niezbyt dawnej struktury, grobie; głowa jej przechowuje się w kosztownym i starożytnym relikwiarzu, uwieńczonym mitrą książęcą. Oprócz tej patronki w kościele tym znajdują się groby wielu książąt i księżn z rodziny Piastów.
Ludność polska Szląska górnego i dolnego (koło Sycowa, Międzyborza, Milicza), tudzież powiatów wielkopolskich Szląskowi przyległych, w wielkiej czci chowa kościół trzebnicki i częste mi go pielgrzymkami nawiedza. pomiędzy tą to ludnością krąży następne, myślą, poetycznością i treścią wielce zajmujące podanie.
"Za dawnych czasów przyszli raz byli pod Trzebnicę Turcy, z ogromnem wojskiem, domagając się ażeby Polacy przeszli na ich wiarę, a kościół na turecki zamienili. Polacy, choć ich była tylko bardzo mała garstka, nie chcieli na to przystać, ale zaczęli się bić. Bili się tak doskonale, że chociaż zaledwie jeden Chrześcijan był na dziesięciu Turków, pobili ich przecież wszystkich; ale cóż, kiedy i z Polaków jedyny jeden dowódca żywy został, a i ten śmiertelnie zraniony. Święta Jadwiga uprosiła wtedy u Matki Boskiej, że zranionemu dowódcy wróciła zdrowie, a wszystkim co za wiarę świętą polegli, śmierć na sen zamieniła. Leżą oni wszyscy, przez aniołów przeniesieni, wraz z bronią swoją, w ogromnej jaskini pod trzebnickim kościołem; rany ich się pogoiły, śpią twardo, ale żyją. Sam jeden dowódca nie śpi: w pośrodku lochu siedzi na kamieniu, z ogromną brodą, na pałaszu oparty, i odmawia różaniec".
"Dawniejszemi nieco czasy jaskinia ta nie była bardzo głęboko pod ziemią, a jedna dziewucha, biorąc piasek, natrafiła raz na wejście. Weszła, aż obaczywszy owych rycerzy, zlękła się srodze, lecz dowódca przemówił do niej, żeby się nie bała, ostrzegł tylko żeby wychodząc nie poruszyła dzwonu u wnijścia wiszącego. Płocha dziewczyna umyślnie go poruszyła; i oto, na dźwięk dzwonu wszyscy wojacy schwycili się ze snu i stanęli pod bronią. Rozgniewany wódz, że wojsku jego sen przed czasem przerwano, zamknął się z niemgłębiej w ziemię, i odtąd nikt jaskini tej znaleźć nie może. Ale kiedy będzie wojna o wiarę, dowódca ów sam w dzwon uderzy, a śpiący rycerze wstaną, wyjdą na świat z bronią, będą walczyć i zwyciężać"
Wilczyca...1856 rok.
Notka 20
(...)Następujący przypadek opowiada Boguet, a prawdziwy, tem dowodzi że go sam sądził, gdyż wydarzył się w jego sąsiedztwie.
Sąsiad jego, pan zamożny, zaprosił na wieczerzę do siebie jednego ze znajomych myśliwych, gdy będzie z powrotem. Tymczasem myśliwy goniąc za zwierzem na łowach napotkał się naraz z ogromnym wilkiem, który się na taką nań rzucił natarczywością, że z wielką tylko trudnością ledwo się ocalił.W walce odciął kordelasem jedną łapę wilkowi, i schował ją na znak zwycięstwa do myśliwskiej torby. Gdy wracając zaszedł na zamek swego przyjaciela opowiedział mu swą przygodę, a na dowód sięgnął po łapę do torby. Lecz któż opisze ich zdziwienie, gdy miasto wilczej łapy ujrzeli naraz rękę ludzką, a nadto po pierścieniach na palcach poznał dziedzic zamku rękę swej własnej żony. Rzucono się więc natychmiast za panią zamku, znaleziono ją w ukryciu pozbawioną prawej ręki. Rozsrożony mąż kazał ją uwięzić i oddać w ręce sprawiedliwości. Nieszczęsna zeznała na torturach że jest wilkołakiem i poniosła śmierć na stosie.(...)
(...)Następujący przypadek opowiada Boguet, a prawdziwy, tem dowodzi że go sam sądził, gdyż wydarzył się w jego sąsiedztwie.
Sąsiad jego, pan zamożny, zaprosił na wieczerzę do siebie jednego ze znajomych myśliwych, gdy będzie z powrotem. Tymczasem myśliwy goniąc za zwierzem na łowach napotkał się naraz z ogromnym wilkiem, który się na taką nań rzucił natarczywością, że z wielką tylko trudnością ledwo się ocalił.W walce odciął kordelasem jedną łapę wilkowi, i schował ją na znak zwycięstwa do myśliwskiej torby. Gdy wracając zaszedł na zamek swego przyjaciela opowiedział mu swą przygodę, a na dowód sięgnął po łapę do torby. Lecz któż opisze ich zdziwienie, gdy miasto wilczej łapy ujrzeli naraz rękę ludzką, a nadto po pierścieniach na palcach poznał dziedzic zamku rękę swej własnej żony. Rzucono się więc natychmiast za panią zamku, znaleziono ją w ukryciu pozbawioną prawej ręki. Rozsrożony mąż kazał ją uwięzić i oddać w ręce sprawiedliwości. Nieszczęsna zeznała na torturach że jest wilkołakiem i poniosła śmierć na stosie.(...)
Subskrybuj:
Posty (Atom)