Notka 19
W okolicy Łomży, nad Narwią, miały kiedyś mieszkać Wielkoludy. Były one tak ogromne, że chłopiec dziewczynie swojej przez rzekę jabłko z ręki do ręki podawał. Kiedy bili się między sobą, stali jedni na prawym, drudzy na lewym brzegu Narwi, i ciskali na siebie kamieńmi, wielkimi jak koło młyńskie; jeden z takich kamieni, niedoniósłszy, padł w rzekę, i leży dotąd wśród wody. Przed kilkudziesięciu laty, kopiąc nad brzegami, znaleziono kości tych Wielkoludów i do kościoła oddano...
niedziela, 11 stycznia 2015
Wielki wąż morski. 1837 rok.
Notka 18
We wszystkich czasach podróżnicy i badacze przyrodzenia wzmiankują w rozmaity sposób o wielkim wężu morskim, morza północne naznaczając mu za mieszkanie. O tem okropnem stworzeniu Pismo Święte w wielu miejscach wspomina, jak np. w pierwszej księdze Mojżeszowej, w proroctwach Izaijasza, oraz w księdze Joba. W starożytnej mytologii greckiej, jak niemniej skandynawskiej, ważne zajmuje on miejsce. Liwiusz historyk rzymski, mówiąc o wojnie punickiej wspomina go; Ptolemeusz twierdzi, iż sam widział podobnego, jeszcze żywego, węża w Aleksandryi; Dyodor sycylijski o takimże powiada, co miał się na brzegach morskich znajdować, i całe trzody pożerał. Wzmiankuje też o nim Pliniusz w swej nauce przyrodzenia. Bardzo ciekawym jest opis tego potwora, jaki Belleforest w księdze pod nazwaniem "Opisanie świata" podaje. Podług niego, miał on być niezmiernej wielkości, odziany łuską, i nadzwyczajnie ruchawy. Uderzał na baty i małe okręty, kruszył je siłą ciała swojego i pożerał znajdujących się na nich ludzi.W chwili właśnie takiego zatrudnienia, przedstawia go nasz rysunek. Głowa jego podobna była do wilczej, z małemi w tył podanemi uszyma, i ogromnym w kształcie strzały zakończonym językiem. Dobroduszny Belleforest utrzymuje, iż on mógł zdruzgotać statek z taką łatwością, z jaką my orzech rozgruzamy. Lud norweski długi czas wierzył, a podobno teraz jeszcze wierzy, w bytność węża morskiego. Skaldowie czyli starożytni skandynawscy wieszcze, pieśni mu poświęcali; a jeden z późniejszych poetów, Piotr Dass; zostawił dokładne jego opisanie, które jest nader zajmującem i ciekawem. Powiada on, iż długość tego węża 600 stup dochodziła, i że był twardym pancerzem ze lśniącej się łuski odziany; głowa jego miała podobieństwo do końskiej, oczy iskrzące się, czarne, a ogromna grzywa tysiące iskier sypała. Język jego we wszystkich opisach w kształcie strzałowatym był przedstawiany. Dawne księgi zawierają mnóstwo rysunków, węża tego przedstawujących, które jednak, w pojedynczych częściach ciała od siebie się różnią, chociaż w istotnych jego przymiotach wszystkie się zgadzają. Znajduje się stare i nadzwyczajnie rzadkie dzieło, napisane przez niejakiego Hoppeliusa, pod nazwaniem: "Mundus mirabilis"; tam natrafiamy, że taki wąż morski w roku 1656 stycznia 6, po jednej powodzi w Norwegi się ukazał; następnie w rzekach Mios i Banz przebywał, i z tamtąd nakształt wielkiego statku napowrót do morza odpłynął. Wycie jego było tak przerażającem, iż gdy się w morzu pogrążył, natychmiast wszystkie ryby od brzegów odpłynęły; a przez kilka tygodni połów odbywać się niemógł, tak dalece, że rybacy w ciężkiej potrzebie zostawali. Nikt nie odważył się ze statkiem swoim na może wypłynąć, lub się po brzegu przechadzać, w obawie, aby przez okropnego węża napadniętym nie został. Według innych opisów, ten potwór na 200 stup był długi a 20 gruby; przebywał na jałowych skałach w bliskości miasta Bergen, z których przy świetle księżyca spuszczał się na doliny, i trzody pożerał; w końcu, odpłynął na morze, i tam statki ze znajdującymi się na nich ludźmi napastował. Był to tenże sam potwór, którego widzaiała osada okrętowa, co Pawłowi Egede w drugiej jego podróży do Grenlandyi towarzyszyła. Dnia 6 czerwca postrzegli majtkowie jakieś straszydło, które w pobliżu ich do wysokości wyrównywającej połowie masztu, nad powierzchnią morza się unosiło; miało kończatą głowę, z otworem u wierzchu, z którego potok wody wytryskał; płetw mu wprawdzie brakło, lecz w miejscu ich, nadzwyczajnie długie miał uszy, jakiemi niby skrzydłami uderzał, aby wierzchnią część ciała w prostej utrzymać postawie; pogrążając się do wody, tak się zwinął, iż chwilowe wszystkie łuskowate jego części postrzec się dały. Powiadają że później wąż podobny przy Orkadzkich ukazał się wyspach; jednak długość jego 80 stóp tylko dochodzić miała; szczególnie odznaczał się najeżoną grzywą, która jak utrzymują, o zmroku światło z siebie wyziewała. Szkoccy badacze przyrodzenia najwięcej się zajmowali tym morza olbrzymem, i nawet w dziełach swoich o histiryi naturalnej osobne mu naznaczyli miejsce, a licząc go do rodzaju ryb zwanego ludojadem, w gatunku noszącym imię największego umieścili. W późniejszych jeszcze czasach, bytność tego olbrzymiego wód mieszkańca, nowego wiaropodobieństwa nabyła; mianowicie z powodu osobliwszego zdarzenia, które się przed dziesięcią laty w Zjednoczonych stanach Ameryki północnej przytrafiło, i o jakiem miejscowe gazety, oraz jedno z pism czasowych angielskich, rozmaicie doniosły. Uprzednio jeszcze w zatoce Gloucesterskiej, wielokrotnie postrzegano jakieś niezwyczajne zwierzę; w roku zaś 1817 w miesiącu sierpniu, na odległość 30 mil od Bostonu, tak się wyraźnie pokazało, iż mu nawet dobrze przypatrzeć się można było. Powierzchowność tego zwierzęcia zupełnie postaci węża odpowiadała, przyczem ruchawość niezwykłą posiadał; podczas ciszy, i dnia jasnego, wypływał na powierzchnię morza, zwijał się w liczne pierścienie, i napowrót w glębiach się pogrążał. To zjawisko sprawiło w Ameryce wielkie wrażenie. Z tego cośmy dotąd powiedzieli, wyraźnie postrzegamy: iż między tym okropnym wód mieszkańcem, i owym potworem, o jakim głoszą norweskie podania, pewne podobieństwo i związek zachodzą, w czem jednak żeby dojść prawdy, wyobraźnię naszą na wodzy trzymać należy. Także utrzymują, iż całkiem podobne zwierze, pokazywało się w rozmaitych czasach na brzegach angielskich niedaleko Plymouth. Słyszano o nim mówiących wielu żeglarzy i rybaków,utrzymujących, iż tego potwora naocznie widzieli, a powieści ich wszystkich, bardzo się z sobą zgadzały. Przy tem uwarzać nalerzy, iż podobne zjawiska w nowszych czasach, wyłącznie się tylko przy amerykańskich i brytyjskich brzegach okazały.
Jeszcze pod względem rzeczywistego, czy też urojonego bytu tego ogromnego mórz potworu, przytoczymy świadectwo jednego z naocznych widzów, w 1819 roku sierpnia 16 podane. Autor jego powiada: iż gdy z rodziną swoją miał odpłynąć z Bostonu do Nahantu, w drodze, doniesiono mu, iż przeszłego wieczora ów głośny wąż morski, niedaleko wybrzeży się ukazał, i że teraz właśnie dla śledzenia go, wiele ludu zebrało się na brzegach. Piszący dodaje, iż szczęśliwem zdarzeniem miał przy sobie wyborny dalekowidz, za pomocą którego, razem z ludem brzegi napełniającym w niedalekiej od siebie odległości samegoż zwierza ujrzeli; głowa jego wznosiła się o trzy stopy nad powierzchnią wody, ciało zaś składały czarne łuskowate pierścienie czyli skręty, których do 13 naliczył. Potwór trzy razy wzdłuż zatokę z nadzwyczajną chyżością przepłynął, i na kierunku drogi woda okryła się pianą od uderzeń ciała jego wzniesioną. Podług zgodnych powieści wszystkich patrzących, miał on od 50 do 60 stóp długości; lecz z powodu głębokich brózd, co się za nim ciągnęły, nie można było ze ścisłością oznaczyć miejsca do jakiego ciało jego dochodziło; przytem, to pewną przestrzeń pod wodą przepływał, to znów chwilowo tylko w pojedynczych zwojach nad nią się unosił. Opowiadający utrzymuje, iż to osobliwe i ogromne zwierze, przynajmniej przez godzinę czasu widzieć się dawało. Przy Nahancie ukazał się jeszcze raz drugi, i znowu mnóstwo ludzi aby go widzieć na brzegi się skupiło. Wówczas tak się już zbliżył, że oczy jego ogniem jaśniejące odróżnić można było. Wszyscy widzowie w tem się zgadzają, że to zwierzę, ani wielorybem, ani potfiszem, ani też jedną z wielkich ryb morskich być nie mogło; gdyż wszystkie te zwierzęta, falistych i wijących się ruchów całkiem nieposiadają.
Dopiero jednocząc te postrzeżenia rozmaitych podróżników; i porównywając owe dawne bajeczne, a nieskończenie dziwne podania, z powieściami czasów późniejszych, o istnieniu owego ogromnego dotąd nieznanego węża, taki tylko niewątpliwy wniosek zrobić możemy: iż podobną do prawdy jest rzeczą, że w niektórych morzach jakieś do tych opisów zbliżone zwierzę być mogło, które się jednak bardzo rzadko ukazywało; i że nawet dotąd jeszcze w znacznie uszczuplonej liczbie znajdować się może. Czyliż nie mamy na ziemi olbrzymiej wielkości połoza (boa constrictor), który często długością 40 stóp dochodzi: dla czegożby wody, jeszcze większego stworzenia postaci wężowej mieć niemogły, zwłaszcza, iż wiemy z doświadczenia, że morze w łonie swojem żywi zwierzęta daleko większe od tych które lądy zamieszkują? Nadto dodać należy, iż nietylko samo morze z powodu swej obszerności dopuszcza istnienie podobnego węża, lecz nawet wspierając się na powieściach z czasów bliższych, i w rzece Amazonce podobne zjawiska się wydarzały; chociaż być może, iż ocean jest właściwem ich miejscem pobytu, i że tylko chwilowo rzeki wielkie odwiedzają. Obyśmy z wymienionych tu szczegółów poznali, jak wielkie i niezbadane w rozmaitości swych tworów jest przyrodzenie, i jak wiele podobno jeszcze pozostaje, co zaledwie od późnych pokoleń poznanem będzie, a czego bytność przy teraźniejszych naszych wiadomościach, tak się nam bajeczną wydaje, jak owe dziwne podania wieków upłynionych, które najczęściej, za niedorzeczne tylko wymysły uważać zwykliśmy.
We wszystkich czasach podróżnicy i badacze przyrodzenia wzmiankują w rozmaity sposób o wielkim wężu morskim, morza północne naznaczając mu za mieszkanie. O tem okropnem stworzeniu Pismo Święte w wielu miejscach wspomina, jak np. w pierwszej księdze Mojżeszowej, w proroctwach Izaijasza, oraz w księdze Joba. W starożytnej mytologii greckiej, jak niemniej skandynawskiej, ważne zajmuje on miejsce. Liwiusz historyk rzymski, mówiąc o wojnie punickiej wspomina go; Ptolemeusz twierdzi, iż sam widział podobnego, jeszcze żywego, węża w Aleksandryi; Dyodor sycylijski o takimże powiada, co miał się na brzegach morskich znajdować, i całe trzody pożerał. Wzmiankuje też o nim Pliniusz w swej nauce przyrodzenia. Bardzo ciekawym jest opis tego potwora, jaki Belleforest w księdze pod nazwaniem "Opisanie świata" podaje. Podług niego, miał on być niezmiernej wielkości, odziany łuską, i nadzwyczajnie ruchawy. Uderzał na baty i małe okręty, kruszył je siłą ciała swojego i pożerał znajdujących się na nich ludzi.W chwili właśnie takiego zatrudnienia, przedstawia go nasz rysunek. Głowa jego podobna była do wilczej, z małemi w tył podanemi uszyma, i ogromnym w kształcie strzały zakończonym językiem. Dobroduszny Belleforest utrzymuje, iż on mógł zdruzgotać statek z taką łatwością, z jaką my orzech rozgruzamy. Lud norweski długi czas wierzył, a podobno teraz jeszcze wierzy, w bytność węża morskiego. Skaldowie czyli starożytni skandynawscy wieszcze, pieśni mu poświęcali; a jeden z późniejszych poetów, Piotr Dass; zostawił dokładne jego opisanie, które jest nader zajmującem i ciekawem. Powiada on, iż długość tego węża 600 stup dochodziła, i że był twardym pancerzem ze lśniącej się łuski odziany; głowa jego miała podobieństwo do końskiej, oczy iskrzące się, czarne, a ogromna grzywa tysiące iskier sypała. Język jego we wszystkich opisach w kształcie strzałowatym był przedstawiany. Dawne księgi zawierają mnóstwo rysunków, węża tego przedstawujących, które jednak, w pojedynczych częściach ciała od siebie się różnią, chociaż w istotnych jego przymiotach wszystkie się zgadzają. Znajduje się stare i nadzwyczajnie rzadkie dzieło, napisane przez niejakiego Hoppeliusa, pod nazwaniem: "Mundus mirabilis"; tam natrafiamy, że taki wąż morski w roku 1656 stycznia 6, po jednej powodzi w Norwegi się ukazał; następnie w rzekach Mios i Banz przebywał, i z tamtąd nakształt wielkiego statku napowrót do morza odpłynął. Wycie jego było tak przerażającem, iż gdy się w morzu pogrążył, natychmiast wszystkie ryby od brzegów odpłynęły; a przez kilka tygodni połów odbywać się niemógł, tak dalece, że rybacy w ciężkiej potrzebie zostawali. Nikt nie odważył się ze statkiem swoim na może wypłynąć, lub się po brzegu przechadzać, w obawie, aby przez okropnego węża napadniętym nie został. Według innych opisów, ten potwór na 200 stup był długi a 20 gruby; przebywał na jałowych skałach w bliskości miasta Bergen, z których przy świetle księżyca spuszczał się na doliny, i trzody pożerał; w końcu, odpłynął na morze, i tam statki ze znajdującymi się na nich ludźmi napastował. Był to tenże sam potwór, którego widzaiała osada okrętowa, co Pawłowi Egede w drugiej jego podróży do Grenlandyi towarzyszyła. Dnia 6 czerwca postrzegli majtkowie jakieś straszydło, które w pobliżu ich do wysokości wyrównywającej połowie masztu, nad powierzchnią morza się unosiło; miało kończatą głowę, z otworem u wierzchu, z którego potok wody wytryskał; płetw mu wprawdzie brakło, lecz w miejscu ich, nadzwyczajnie długie miał uszy, jakiemi niby skrzydłami uderzał, aby wierzchnią część ciała w prostej utrzymać postawie; pogrążając się do wody, tak się zwinął, iż chwilowe wszystkie łuskowate jego części postrzec się dały. Powiadają że później wąż podobny przy Orkadzkich ukazał się wyspach; jednak długość jego 80 stóp tylko dochodzić miała; szczególnie odznaczał się najeżoną grzywą, która jak utrzymują, o zmroku światło z siebie wyziewała. Szkoccy badacze przyrodzenia najwięcej się zajmowali tym morza olbrzymem, i nawet w dziełach swoich o histiryi naturalnej osobne mu naznaczyli miejsce, a licząc go do rodzaju ryb zwanego ludojadem, w gatunku noszącym imię największego umieścili. W późniejszych jeszcze czasach, bytność tego olbrzymiego wód mieszkańca, nowego wiaropodobieństwa nabyła; mianowicie z powodu osobliwszego zdarzenia, które się przed dziesięcią laty w Zjednoczonych stanach Ameryki północnej przytrafiło, i o jakiem miejscowe gazety, oraz jedno z pism czasowych angielskich, rozmaicie doniosły. Uprzednio jeszcze w zatoce Gloucesterskiej, wielokrotnie postrzegano jakieś niezwyczajne zwierzę; w roku zaś 1817 w miesiącu sierpniu, na odległość 30 mil od Bostonu, tak się wyraźnie pokazało, iż mu nawet dobrze przypatrzeć się można było. Powierzchowność tego zwierzęcia zupełnie postaci węża odpowiadała, przyczem ruchawość niezwykłą posiadał; podczas ciszy, i dnia jasnego, wypływał na powierzchnię morza, zwijał się w liczne pierścienie, i napowrót w glębiach się pogrążał. To zjawisko sprawiło w Ameryce wielkie wrażenie. Z tego cośmy dotąd powiedzieli, wyraźnie postrzegamy: iż między tym okropnym wód mieszkańcem, i owym potworem, o jakim głoszą norweskie podania, pewne podobieństwo i związek zachodzą, w czem jednak żeby dojść prawdy, wyobraźnię naszą na wodzy trzymać należy. Także utrzymują, iż całkiem podobne zwierze, pokazywało się w rozmaitych czasach na brzegach angielskich niedaleko Plymouth. Słyszano o nim mówiących wielu żeglarzy i rybaków,utrzymujących, iż tego potwora naocznie widzieli, a powieści ich wszystkich, bardzo się z sobą zgadzały. Przy tem uwarzać nalerzy, iż podobne zjawiska w nowszych czasach, wyłącznie się tylko przy amerykańskich i brytyjskich brzegach okazały.
Jeszcze pod względem rzeczywistego, czy też urojonego bytu tego ogromnego mórz potworu, przytoczymy świadectwo jednego z naocznych widzów, w 1819 roku sierpnia 16 podane. Autor jego powiada: iż gdy z rodziną swoją miał odpłynąć z Bostonu do Nahantu, w drodze, doniesiono mu, iż przeszłego wieczora ów głośny wąż morski, niedaleko wybrzeży się ukazał, i że teraz właśnie dla śledzenia go, wiele ludu zebrało się na brzegach. Piszący dodaje, iż szczęśliwem zdarzeniem miał przy sobie wyborny dalekowidz, za pomocą którego, razem z ludem brzegi napełniającym w niedalekiej od siebie odległości samegoż zwierza ujrzeli; głowa jego wznosiła się o trzy stopy nad powierzchnią wody, ciało zaś składały czarne łuskowate pierścienie czyli skręty, których do 13 naliczył. Potwór trzy razy wzdłuż zatokę z nadzwyczajną chyżością przepłynął, i na kierunku drogi woda okryła się pianą od uderzeń ciała jego wzniesioną. Podług zgodnych powieści wszystkich patrzących, miał on od 50 do 60 stóp długości; lecz z powodu głębokich brózd, co się za nim ciągnęły, nie można było ze ścisłością oznaczyć miejsca do jakiego ciało jego dochodziło; przytem, to pewną przestrzeń pod wodą przepływał, to znów chwilowo tylko w pojedynczych zwojach nad nią się unosił. Opowiadający utrzymuje, iż to osobliwe i ogromne zwierze, przynajmniej przez godzinę czasu widzieć się dawało. Przy Nahancie ukazał się jeszcze raz drugi, i znowu mnóstwo ludzi aby go widzieć na brzegi się skupiło. Wówczas tak się już zbliżył, że oczy jego ogniem jaśniejące odróżnić można było. Wszyscy widzowie w tem się zgadzają, że to zwierzę, ani wielorybem, ani potfiszem, ani też jedną z wielkich ryb morskich być nie mogło; gdyż wszystkie te zwierzęta, falistych i wijących się ruchów całkiem nieposiadają.
Dopiero jednocząc te postrzeżenia rozmaitych podróżników; i porównywając owe dawne bajeczne, a nieskończenie dziwne podania, z powieściami czasów późniejszych, o istnieniu owego ogromnego dotąd nieznanego węża, taki tylko niewątpliwy wniosek zrobić możemy: iż podobną do prawdy jest rzeczą, że w niektórych morzach jakieś do tych opisów zbliżone zwierzę być mogło, które się jednak bardzo rzadko ukazywało; i że nawet dotąd jeszcze w znacznie uszczuplonej liczbie znajdować się może. Czyliż nie mamy na ziemi olbrzymiej wielkości połoza (boa constrictor), który często długością 40 stóp dochodzi: dla czegożby wody, jeszcze większego stworzenia postaci wężowej mieć niemogły, zwłaszcza, iż wiemy z doświadczenia, że morze w łonie swojem żywi zwierzęta daleko większe od tych które lądy zamieszkują? Nadto dodać należy, iż nietylko samo morze z powodu swej obszerności dopuszcza istnienie podobnego węża, lecz nawet wspierając się na powieściach z czasów bliższych, i w rzece Amazonce podobne zjawiska się wydarzały; chociaż być może, iż ocean jest właściwem ich miejscem pobytu, i że tylko chwilowo rzeki wielkie odwiedzają. Obyśmy z wymienionych tu szczegółów poznali, jak wielkie i niezbadane w rozmaitości swych tworów jest przyrodzenie, i jak wiele podobno jeszcze pozostaje, co zaledwie od późnych pokoleń poznanem będzie, a czego bytność przy teraźniejszych naszych wiadomościach, tak się nam bajeczną wydaje, jak owe dziwne podania wieków upłynionych, które najczęściej, za niedorzeczne tylko wymysły uważać zwykliśmy.
Wierzenie ludowe w Rudkach. Spisał Józef z nad Wiszenki w latach 1870-1875
Notka 17
(...)Dawniej bardzo starych ludzi, gdy już robić nie mogli, żywcem zakopywano w ziemi. Ale raz był wielki głód, ludzie marli z głodu, wszystko zjedli tak, że nie mieli nawet co posiać. Tedy jeden bardzo stary ojciec, którego najsterszy syn chciał zakopać w ziemię, bo już nic robić nie mógł, prosił się, aby go jeszcze jeden rok zostawił. A gdy syn mówił: "to cóż wam dam jeść?" - poradził mu ojciec: "Synu, weź snopki najstarsze z dachu, posiekaj na drobno i posiej na polu". Syn wysłuchał. Z tego doczekał się bardzo pięknych żniw. Od tego czasu już przestali starych ludzi żywcem grzebać, "bo i oni się jeszcze na coś przydać mogą".(...)
(...)Dawniej bardzo starych ludzi, gdy już robić nie mogli, żywcem zakopywano w ziemi. Ale raz był wielki głód, ludzie marli z głodu, wszystko zjedli tak, że nie mieli nawet co posiać. Tedy jeden bardzo stary ojciec, którego najsterszy syn chciał zakopać w ziemię, bo już nic robić nie mógł, prosił się, aby go jeszcze jeden rok zostawił. A gdy syn mówił: "to cóż wam dam jeść?" - poradził mu ojciec: "Synu, weź snopki najstarsze z dachu, posiekaj na drobno i posiej na polu". Syn wysłuchał. Z tego doczekał się bardzo pięknych żniw. Od tego czasu już przestali starych ludzi żywcem grzebać, "bo i oni się jeszcze na coś przydać mogą".(...)
Nadzwyczajny ptak.
Notka 16
Ojciec mój, mówi Jan Duklan Ochocki, w roku 1774, jeździł odwiedzić matkę swoją w województwie Lubelskim, w ziemi Łukowskiej zamieszkałą, która tam dożywociem trzymała majętność po dziadzie; jeździłem i ja z ojcem. Odwiedzaliśmy familiję mieszkającą w ziemi Łukowskiej i byliśmy w Warszawie.
Przypominam sobie, że ojciec kupił wówczas półarkuszowy sztych, na którym wyobrażony był dosyć duży ptak, podobny coś do dudka, mający na głowie jakieś rożki. Na piórkach jego po całem ciele były trupie główki, a w pośrodku dwie większe głowy trupie z koronami. Pod spodem wypisana była obszerna explikacya, że ptak ten w dzień zaduszny w Paryżu, wleciał przez okno do audyencyonalnej sali królewskiej i usiadł na tronie, jakby chciał żeby go wszyscy tam znajdujący się pod ówczas widzieli. Nim zdziwieni przytomni namyślili się pochwycić to zjawisko, ptak zerwał się i zniknął.
Żyją dotąd trzy osoby, które ten sztych jak ja widziały; rzecz zapewne nie do wiary, nie chciałem nawet o niej wspominać tutaj, ale mnie ośmielił hrabia Henryk Rzewuski, który mi powiadał, że anegdotkę o tym ptaku słyszał podobnież od ojca żony swej hrabiego Grocholskiego, starszego odemnie. Wierzono w to natenczas jak w cud i przepowiednią jakąś, a politycy różne ztąd wyciągali wnioski. O tego rodzaju ptaku w historyi naturalnej wzmianki nie ma; prawdziwy czy zmyślony był już naówczas wieszczbą tej rewolucyi, która w lat czternaście cały kraj ogarnęła, a w ośmnaście potem, pod topór skazała dwie koronowane głowy.
Mamy tu o tym jakoby cudzie na piśmie notatkę, zostawioną w kalendarzu sławnego Duńczewskiego, ręką mojego ojca.
5 Octobris, powróciwszy z drogi od Imości Dobrodziejki matki mojej, którą zdrową zastałem i zostawiłem, przywiozłem zegarek złoty kameryzowany z emalią, sprzączki do trzewików kameryzowane i obraz w srebro oprawny Matki Boskiej Częstochowskiej w prezencie dla mojej Frani od jejmości dobrodziejki matki mojej, a z Warszawy kopersztychów trzy. Z tych jeden darowałem Imość dobrodziejskim rodzicom naszym, a drugi Im. pani starościnie Niżyńskiej ciotce mojej żony. Wyrażono na tym kopersztychu ślicznie jak żywy udanego ptaka, ten cały w trupich główkach, a na środku na skrzydłach ma dwie trupie głowy z koronami; pod spodem explikacya że ten ptak wleciał na pokoje królewskie w Paryżu w dzień Zaduszny, usiadł na tronie, a potem zniknął.
Za te trzy kopersztychy dałem trzy talary.
Ojciec mój, mówi Jan Duklan Ochocki, w roku 1774, jeździł odwiedzić matkę swoją w województwie Lubelskim, w ziemi Łukowskiej zamieszkałą, która tam dożywociem trzymała majętność po dziadzie; jeździłem i ja z ojcem. Odwiedzaliśmy familiję mieszkającą w ziemi Łukowskiej i byliśmy w Warszawie.
Przypominam sobie, że ojciec kupił wówczas półarkuszowy sztych, na którym wyobrażony był dosyć duży ptak, podobny coś do dudka, mający na głowie jakieś rożki. Na piórkach jego po całem ciele były trupie główki, a w pośrodku dwie większe głowy trupie z koronami. Pod spodem wypisana była obszerna explikacya, że ptak ten w dzień zaduszny w Paryżu, wleciał przez okno do audyencyonalnej sali królewskiej i usiadł na tronie, jakby chciał żeby go wszyscy tam znajdujący się pod ówczas widzieli. Nim zdziwieni przytomni namyślili się pochwycić to zjawisko, ptak zerwał się i zniknął.
Żyją dotąd trzy osoby, które ten sztych jak ja widziały; rzecz zapewne nie do wiary, nie chciałem nawet o niej wspominać tutaj, ale mnie ośmielił hrabia Henryk Rzewuski, który mi powiadał, że anegdotkę o tym ptaku słyszał podobnież od ojca żony swej hrabiego Grocholskiego, starszego odemnie. Wierzono w to natenczas jak w cud i przepowiednią jakąś, a politycy różne ztąd wyciągali wnioski. O tego rodzaju ptaku w historyi naturalnej wzmianki nie ma; prawdziwy czy zmyślony był już naówczas wieszczbą tej rewolucyi, która w lat czternaście cały kraj ogarnęła, a w ośmnaście potem, pod topór skazała dwie koronowane głowy.
Mamy tu o tym jakoby cudzie na piśmie notatkę, zostawioną w kalendarzu sławnego Duńczewskiego, ręką mojego ojca.
5 Octobris, powróciwszy z drogi od Imości Dobrodziejki matki mojej, którą zdrową zastałem i zostawiłem, przywiozłem zegarek złoty kameryzowany z emalią, sprzączki do trzewików kameryzowane i obraz w srebro oprawny Matki Boskiej Częstochowskiej w prezencie dla mojej Frani od jejmości dobrodziejki matki mojej, a z Warszawy kopersztychów trzy. Z tych jeden darowałem Imość dobrodziejskim rodzicom naszym, a drugi Im. pani starościnie Niżyńskiej ciotce mojej żony. Wyrażono na tym kopersztychu ślicznie jak żywy udanego ptaka, ten cały w trupich główkach, a na środku na skrzydłach ma dwie trupie głowy z koronami; pod spodem explikacya że ten ptak wleciał na pokoje królewskie w Paryżu w dzień Zaduszny, usiadł na tronie, a potem zniknął.
Za te trzy kopersztychy dałem trzy talary.
sobota, 10 stycznia 2015
Czarny pies...
Notka 15
Pierwszy bataljon pułku Latour d`Auvergne w którym doktor Parent był lekarzem bataljonowym, za Napoleona I, otrzymał rozkaz wystąpić za miasto Palmi, w Kalabryi, i śpieszyć ku morskiemu brzegowi, dla przeszkodzenia nieprzyjacielskiemu wylądowaniu. Po dwudziestocztero - godzinnym marszu bataljon stanął noclegiem w zwaliskach starożytnego opactwa, o którym szły wieści, że tutaj zły duch mieszka. Żołnierze z wieczora śmieli się z ostrzeżeń włościan sąsiednich wsi i rozłożyli się pod na pół rozwalonemi sklepieniami. Ale jakież było powszechne zdumienie i przestrach, kiedy, o samej północy przeszło stu żołnierzy wybiegło na dziedziniec w okropnem przerażeniu, twierdząc że po nich biegał duch, w postaci wielkiego czarnego psa. Żołnierze francuzcy nie byli tchurze i nie lękali się byle czego, ale zapewniali tu że to było nie widzenie, ale prawda, nie słuchając żadnych dowodów, trzymali się swego. Następującej nocy, wszyscy oficerowie objeli dyżur w czasie nocy, żeby uspokoić żołnierzy; ale pomimo tego, wczorajsza scena powtórzyła się we wszystkich szczegółach. Przeszło stu weteranów opisywali ducha w postaci czarnego psa, zupełnie jednostajnie, i mieli widzenie w jednej i tej samej chwili.Oficerowie zaś nic nie widzieli, i żaden czarny pies nie wbiegał do tymczasowych koszar, ale żołnierze trzymali się swego i woleli spać pod otwartem niebem, niżeli raz jeszcze doświadczyć deptania widma. Trzeciego dnia bataljon wyruszył z tego miejsca, i odtąd nic podobnego nigdy się więcej nie wydarzyło. Zwaliska starożytnego opactwa znajdowały się w bliskości miasta Tropea.
(Parent, w artykule "Incube", zamieszczonym w wielkim słowniku nauk lekarskich: Grand Dictionnaire des sciences medicales, XXXIV)
Pierwszy bataljon pułku Latour d`Auvergne w którym doktor Parent był lekarzem bataljonowym, za Napoleona I, otrzymał rozkaz wystąpić za miasto Palmi, w Kalabryi, i śpieszyć ku morskiemu brzegowi, dla przeszkodzenia nieprzyjacielskiemu wylądowaniu. Po dwudziestocztero - godzinnym marszu bataljon stanął noclegiem w zwaliskach starożytnego opactwa, o którym szły wieści, że tutaj zły duch mieszka. Żołnierze z wieczora śmieli się z ostrzeżeń włościan sąsiednich wsi i rozłożyli się pod na pół rozwalonemi sklepieniami. Ale jakież było powszechne zdumienie i przestrach, kiedy, o samej północy przeszło stu żołnierzy wybiegło na dziedziniec w okropnem przerażeniu, twierdząc że po nich biegał duch, w postaci wielkiego czarnego psa. Żołnierze francuzcy nie byli tchurze i nie lękali się byle czego, ale zapewniali tu że to było nie widzenie, ale prawda, nie słuchając żadnych dowodów, trzymali się swego. Następującej nocy, wszyscy oficerowie objeli dyżur w czasie nocy, żeby uspokoić żołnierzy; ale pomimo tego, wczorajsza scena powtórzyła się we wszystkich szczegółach. Przeszło stu weteranów opisywali ducha w postaci czarnego psa, zupełnie jednostajnie, i mieli widzenie w jednej i tej samej chwili.Oficerowie zaś nic nie widzieli, i żaden czarny pies nie wbiegał do tymczasowych koszar, ale żołnierze trzymali się swego i woleli spać pod otwartem niebem, niżeli raz jeszcze doświadczyć deptania widma. Trzeciego dnia bataljon wyruszył z tego miejsca, i odtąd nic podobnego nigdy się więcej nie wydarzyło. Zwaliska starożytnego opactwa znajdowały się w bliskości miasta Tropea.
(Parent, w artykule "Incube", zamieszczonym w wielkim słowniku nauk lekarskich: Grand Dictionnaire des sciences medicales, XXXIV)
Wielka wiara w zabobony...1872 rok.
Notka 14
(...)Ot niedawno temu, we wsi Biskupice w Poznańskiem, zdarzył się wypadek straszny, spowodowany ciemnotą i zabobonem.Żył tutaj osadnik z żoną i pięciorgiem dzieci szczęśliwie, zdoławszy sobie wybudować domek własny.Przeszłego roku, przyjechała do niego siostra żony, wdowa z pięcioletnim synem, Maryanna Cierniak. Opanowana była myślą, że pozna każdego kto opętany przez diabła i że potrafi każdego opętać. Siebie również uważała za opętaną. Wkrótce nazwano ją we wsi czarownicą. Na swoją o dziesięć lat młodszą siostrę, wywierała wpływ demoniczny.
Pewnego wieczoru położyła się Cierniakowa w łóżko na pozór spokojnie, ale o północy siostra jej, przerażona wrzaskiem, obudziła się i zapaliła kaganek. Cierniakowa krzyczała: "diabli porwali ci twoje dziecko i przemienili na inne, bij je tak długo, aż ci go nie oddadzą". Ulegając szałowi siostry, nakazującej bić dziecię na śmierć, położyła własne dziecko na ziemi, okładając je pasem rzemiennym. W czasie tego obudził się mąż, niezupełnie jeszcze z wieczornego podpicia wytrzeźwiały. Zrazu nie chciał opętaniu wierzyć i gotów był nawet dziecka bronić, ale żona namówiła go inaczej i wkrótce dziecię już nie żyło.Poczem małżonkowie napadli na Cierniakowę, rozbijając tymczasem piece, która przestraszona oknem uciekła.Nazajutrz znalazł ją nauczyciel wiejski prawie nagą, leżącą przed domem, w domku zaś pieścili rodzice zapóźno zabite swe dziecię.
Sprawiedliwość ma tu do rozwiązania psychologiczną zagadkę, od której zależy rozstrzygnięcie, jak dalece należy mordercom przypisać zbrodniczy, z góry powzięty zamiar. Wszyscy oprzytomnieli, jedna tylko matka nie może przyjść do siebie. Owa czarownica i ojciec, oprzytomnieli tak dalece, że się wprost wypierają czynu. Sąd przysięgłych w Ostrowie sprawę tę osądzi.(...)
(...)Ot niedawno temu, we wsi Biskupice w Poznańskiem, zdarzył się wypadek straszny, spowodowany ciemnotą i zabobonem.Żył tutaj osadnik z żoną i pięciorgiem dzieci szczęśliwie, zdoławszy sobie wybudować domek własny.Przeszłego roku, przyjechała do niego siostra żony, wdowa z pięcioletnim synem, Maryanna Cierniak. Opanowana była myślą, że pozna każdego kto opętany przez diabła i że potrafi każdego opętać. Siebie również uważała za opętaną. Wkrótce nazwano ją we wsi czarownicą. Na swoją o dziesięć lat młodszą siostrę, wywierała wpływ demoniczny.
Pewnego wieczoru położyła się Cierniakowa w łóżko na pozór spokojnie, ale o północy siostra jej, przerażona wrzaskiem, obudziła się i zapaliła kaganek. Cierniakowa krzyczała: "diabli porwali ci twoje dziecko i przemienili na inne, bij je tak długo, aż ci go nie oddadzą". Ulegając szałowi siostry, nakazującej bić dziecię na śmierć, położyła własne dziecko na ziemi, okładając je pasem rzemiennym. W czasie tego obudził się mąż, niezupełnie jeszcze z wieczornego podpicia wytrzeźwiały. Zrazu nie chciał opętaniu wierzyć i gotów był nawet dziecka bronić, ale żona namówiła go inaczej i wkrótce dziecię już nie żyło.Poczem małżonkowie napadli na Cierniakowę, rozbijając tymczasem piece, która przestraszona oknem uciekła.Nazajutrz znalazł ją nauczyciel wiejski prawie nagą, leżącą przed domem, w domku zaś pieścili rodzice zapóźno zabite swe dziecię.
Sprawiedliwość ma tu do rozwiązania psychologiczną zagadkę, od której zależy rozstrzygnięcie, jak dalece należy mordercom przypisać zbrodniczy, z góry powzięty zamiar. Wszyscy oprzytomnieli, jedna tylko matka nie może przyjść do siebie. Owa czarownica i ojciec, oprzytomnieli tak dalece, że się wprost wypierają czynu. Sąd przysięgłych w Ostrowie sprawę tę osądzi.(...)
piątek, 9 stycznia 2015
Z kraju Hucułów. 1899 rok.
Notka 13
Wzdłuż pasma Karpat i u ich podnóża znachodzimy wiele miejscowości, których nazwy podania ludowe wywodzą z czasów napadów dzikich hord tatarskich. Nazwy te są więc istnymi pomnikami zaciętych walk, staczanych przez miejscową ludność z plemionami tatarskimi.
Jedną z tych miejscowości jest przysiółek Tatarów, należący do gminy mikuliczyńskiej we wschodnich Karpatach, który miano swe również owej epoce zawdzięcza.
Potomek pierwszych mieszkańców oraz założycieli Tatarowa, starzec około 80-letni, opowiada mi taką tradycyję:
"Rodzina nasza pochodzi z Wiszniowy na Węgrzech, gdzie pradziad nasz Dziema był popem. Syn mego pradziada, chłopak przystojny i czerstwy, miał narzeczoną (z huculska lubaskę), która jednak uwodziła go, sprzyjając innemu. Chłopak rozkochany a przytem zazdrosny prosił swą narzeczoną, by się starała odwzajemnić gorącą jego miłość, a widząc, że słowa jego rozbijały się jakoby o twardą skałę, że miłosne zapały pryskały jak bańki mydlane, poprzysięgł jej zgubę przy pierwszej schadce z jego rywalem.
Sposobność wkrótce się nadarzyła. Chłopak tknięty paroksyzmem swej pierwszej i czystej miłości, wiedziony uczuciem zazdrości i gniewu, nie mógł pohamować swego wybuchu i strzelił z pistoletu do swej uwodzicielki, widząc ją w objęciach drugiego.
By uniknąć ręki sprawiedliwości, wsiadł na konia, przejechał granicę węgiersko-galicyjską i przybył do lasu położonego u ujścia Prutca do Prutu, a upatrzywszy wśród lasu haliznę przez wiatry spowodowaną, zabrał się rychło do jej uprawy.
Wybierał połamane przez wichry drzewa, wynosił zbutwiałe kłody, wycinał krzaki i przez lat kilka mozolnej pracy grunt ów do wymogów gospodarki rolnej należycie przysposobił.
Tęskno mu jednak było za ojcem, za matką, za rodziną, za domem. Wsiadł więc na konia, a że dawniej nie dochodzono zbrodni tak ściśle, jak dzisiaj i nie poszukiwano za zbiegiem, powrócił do domu, wiedząc, że o czynie jego już zapomniano.
Ojciec ujrzawszy syna, ucieszył się bardzo i jął go wypytywać, gdzie bawił tak długo i jak mu się wiodło, zmęczony jednak podróżą syn obiecał nazajutrz rodzicom przygody swe opowiedzieć.
Opowiedziawszy rano o gruncie uprawianym wśród gór i lasów, prosił, by mu rodzice na nowej gospodarce dopomódz zechcieli. Dała mu matka kilka sztuk bydła, ojciec dwu parobków i sługę a pożegnawszy wyprawili z Bogiem.
W czasie wyjazdu popowicza, gospodarz Roszka z Mikuliczyna krążąc po lesie, spostrzegł to pole, upodobał je sobie i zabrał się zaraz do orki i siewu.
Dziema przebywszy granicę, wracał spokojnie na swą rolę z wianem, darowanem przez rodziców, gdy w drodze spotkał go Grega-pradziad dzisiejszej rodziny Gregaszów z Worochty. Spostrzegłszy piękną tę karawanę, zagadną popowicza, kto jest i dokąd droga, na co tenże w krótkich słowach o swym planie mu opowiedział.
Grega zwróciwszy się przez Jabłonicę ku Worochcie, doliną Prutu przybył do Roszki, mówiąc, by zaprzestał dalszej swej pracy, gdyż jakiś pan tu nadciąga. Roszka jednakże nie miał wcale zamiaru ustąpić z placu cudzoziemcowi i dalej pracę rozpoczętą prowadził.
Nadjechał wreszcie Dziema, a ujrzawszy Roszkę przy pracy, radził mu, by się zabrał i nie odbierał uprawionej już roli. Roszka jednak starał się niewiele sobie robić ze słów popowicza. Wtedy Dziema wyjąwszy pistolet, wystrzelił dwa razy a Roszka widząc, co się święci, umknął rychło.
Dziema zabrał się zaraz do budowy chaty a sługę, którą miał od ojca, pojął za żonę i gospodynię. Że tęgi był z niego gospodarz, mówił stary-widać z tego, że dziś nas czternastu na tej schedzie się mieści, a chata moja stoi w tem samem miejscu, gdzie niegdyś pradziad mój pierwszą postawił."
Nałożywszy świeżo lulkę i pyknąwszy kilka razy, tak dalej prawił stary:
"Ludzi w owych czasach nie było tyle, co dziś ich mamy, mieściło się tu zaledwie trzech lub czterech gospodarzy, gdyż Tatarzy ich powyjadali, a karmiąc orzechami i końskiem mlekiem, by byli tłuści, zabierali ze sobą.
Na szczytach Magury, Leśniowa i Chyżek były ustawione wiechy a przy nich straż zwykle. Gdy więc Tatarzy od strony Delatyna nadciągali, pochylała straż wiechy w tę stronę, ku której dzikie pogaństwo dążyło. Gdy raz złowrogie te znaki pochyliły się w stronę dzisiejszej naszej osady, wiedział nasz lud biedny, jakie nieszczęście mu zagrażało. Tatarzy byli w drodze ku Mikuliczynowi.
Wtedy to nasi przodkowie popodcinali las, "Kupelskij" zwany, pomiędzy Mikuliczynem a dzisiejszym Tatarowem leżący, tak, że drzewa ledwie na pniach się utrzymywały i za najlżejszym powiewem wiatru z łomotem waliły się na ziemię.
Tatarzy nadjechali konno brzegiem Prutu, wjeżdżając do lasu. Ludzie trzymający w ukryciu kilka drzew podciętych na długich linach, puścili takowe, a te padając, waliły jedno drzewo za drugiem. W mgnieniu oka horda najezdników znalazła grób pod drzewami dziewiczego lasu.
Z całej tej czerni zdołał tylko jeden Tatar umknąć wraz z Tatarką. Przybywszy do mego pradziada, zostawił kobietę przed domem, sam zaś wszedł do chaty, pytając, czyby czego jeść nie dostał. W domu była tylko baba. Wskazała mu beczkę, mówiąc, że jest w niej żentyca. Zgłodniały bojownik pochylił się, by zaglądnąć, co się w beczce znajdowało, a wtedy baba chwytając go za nogi, utopiła w żentycy. Tatarka przeczuwając co zaszło, wsiadła na konia a przebrnąwszy Prut, zostawiła konia nad brzegiem, kryjąc się sama w wąwozie z połoniny Laśniów ku Prutowi zbiegającym. Tu pod skałami powiła małego Tatarczuka.
Mieszkańcy poznawszy konia Tatarskiego, pasącego się w łęgach, jęli szukać za Tatarami a znalazłszy Tatarkę w wąwozie, zabili wraz z Tatarczukiem, nadając wąwozowi nazwę "Tatariwczyk", osadzie zaś "Tatarów".
Mieszkańcy uwolnieni od dalszych napadów, zaczęli powoli tutaj się osiedlać. -Tu stary pyknął znowu kilka razy dawno zagasłą już lulkę, splunął i rzekł: "kołyś pry nedili skażu wam szcze deszczo panyczu".
Zaciekawiony jednak pięknemi temi legendami, które w miarę rozwoju cywilizacyi gasną coraz bardziej wśród naszego ludu, postanowiłem kilka jeszcze tych wzniosłych utworów rozbujałej wyobraźni ludu górskiego wyrwać zapomnieniu.
Nie długo czekać musiałem. Święto " Błahowiszczenie" wypadło we środę i stary z ulubioną swą fajeczką przyszedł znowu do mnie.
Nałożywszy do lulki tytoniu i pyknąwszy kilka razy, zapytał mnie o czem jeszcze chciałbym się dowiedzieć.
Zastanawiając się nieraz nad nazwami "lisny" (nimfy), "Lisnowy (nazwa połoniny) i "Pidliśniw" (nazwa osady), postanowiłem dojść związku, w jakim te trzy nazwy pozostają ze sobą. Zagadnąłem więc starego, co to są te "lisny".
Lisny to czeledyna (dziewczęta), które żyją w lesie. Mieszkają one na Leśniowie ( z huculska Lisnowach) i przy nastaniu nowego księżyca schodzą nad Prut do Podleśniowa na swe igrzyska. Są one i na polance zwanej "Doszczynce", a na nowiu śmiechy ich, podobne do śmiechu naszych dziewcząt, dokładnie słyszeć można.
Ja raz tylko w mojem życiu- mówił stary- widziałem "leśną". Było to może przed laty dwudziestu, gdyśmy z Iwanem i Andrijem spędzali owce pod Czarnochorą. Wieczorem wyszedłszy prowałem na polankę, pod szeroko rozgałęzioną, osobno stojącą smereką, rozłożyliśmy watrę. W tem w pobliżu dał się nam słyszeć płacz dziewczęcy a wkrótce stanęła przed nami leśna zawodząc: "oj bidkoż moja czorna, upadku mij hyreńkij, aż teperes na mene upaw".
Po tych słowach przybrała groźną postawę, mówiąc, zabierajcie się zaraz, gdy nie chcecie, by was spotkało nieszczęście, i nim zdołaliśmy przemówić do siebie, bogini leśna znikła w cieniu otaczających nas drzew.
Przerażeni chwyciliśmy każdy po jednej głowni, przenosząc się na inną sąsiednią polankę. Nazajutrz, gdyśmy, zdjęci ciekawością, przyszli na miejsce, gdzie tliło pierwsze nasze ognisko, śladu z niego nie było.
Oj tak, tak panyczu - kończył stary swe opowiadanie- lisna i czołowika sia czepyt. Niech tylko parobek zatęskni za swą kochanką, leśna już go się uchwyci. Stefana nieboszczyka dwa lata się trzymała i gdyby nie ziela, które mu wróżki dały gdzieś w świecie, zginąłby był niechybnie z jej ręki.
Wzdłuż pasma Karpat i u ich podnóża znachodzimy wiele miejscowości, których nazwy podania ludowe wywodzą z czasów napadów dzikich hord tatarskich. Nazwy te są więc istnymi pomnikami zaciętych walk, staczanych przez miejscową ludność z plemionami tatarskimi.
Jedną z tych miejscowości jest przysiółek Tatarów, należący do gminy mikuliczyńskiej we wschodnich Karpatach, który miano swe również owej epoce zawdzięcza.
Potomek pierwszych mieszkańców oraz założycieli Tatarowa, starzec około 80-letni, opowiada mi taką tradycyję:
"Rodzina nasza pochodzi z Wiszniowy na Węgrzech, gdzie pradziad nasz Dziema był popem. Syn mego pradziada, chłopak przystojny i czerstwy, miał narzeczoną (z huculska lubaskę), która jednak uwodziła go, sprzyjając innemu. Chłopak rozkochany a przytem zazdrosny prosił swą narzeczoną, by się starała odwzajemnić gorącą jego miłość, a widząc, że słowa jego rozbijały się jakoby o twardą skałę, że miłosne zapały pryskały jak bańki mydlane, poprzysięgł jej zgubę przy pierwszej schadce z jego rywalem.
Sposobność wkrótce się nadarzyła. Chłopak tknięty paroksyzmem swej pierwszej i czystej miłości, wiedziony uczuciem zazdrości i gniewu, nie mógł pohamować swego wybuchu i strzelił z pistoletu do swej uwodzicielki, widząc ją w objęciach drugiego.
By uniknąć ręki sprawiedliwości, wsiadł na konia, przejechał granicę węgiersko-galicyjską i przybył do lasu położonego u ujścia Prutca do Prutu, a upatrzywszy wśród lasu haliznę przez wiatry spowodowaną, zabrał się rychło do jej uprawy.
Wybierał połamane przez wichry drzewa, wynosił zbutwiałe kłody, wycinał krzaki i przez lat kilka mozolnej pracy grunt ów do wymogów gospodarki rolnej należycie przysposobił.
Tęskno mu jednak było za ojcem, za matką, za rodziną, za domem. Wsiadł więc na konia, a że dawniej nie dochodzono zbrodni tak ściśle, jak dzisiaj i nie poszukiwano za zbiegiem, powrócił do domu, wiedząc, że o czynie jego już zapomniano.
Ojciec ujrzawszy syna, ucieszył się bardzo i jął go wypytywać, gdzie bawił tak długo i jak mu się wiodło, zmęczony jednak podróżą syn obiecał nazajutrz rodzicom przygody swe opowiedzieć.
Opowiedziawszy rano o gruncie uprawianym wśród gór i lasów, prosił, by mu rodzice na nowej gospodarce dopomódz zechcieli. Dała mu matka kilka sztuk bydła, ojciec dwu parobków i sługę a pożegnawszy wyprawili z Bogiem.
W czasie wyjazdu popowicza, gospodarz Roszka z Mikuliczyna krążąc po lesie, spostrzegł to pole, upodobał je sobie i zabrał się zaraz do orki i siewu.
Dziema przebywszy granicę, wracał spokojnie na swą rolę z wianem, darowanem przez rodziców, gdy w drodze spotkał go Grega-pradziad dzisiejszej rodziny Gregaszów z Worochty. Spostrzegłszy piękną tę karawanę, zagadną popowicza, kto jest i dokąd droga, na co tenże w krótkich słowach o swym planie mu opowiedział.
Grega zwróciwszy się przez Jabłonicę ku Worochcie, doliną Prutu przybył do Roszki, mówiąc, by zaprzestał dalszej swej pracy, gdyż jakiś pan tu nadciąga. Roszka jednakże nie miał wcale zamiaru ustąpić z placu cudzoziemcowi i dalej pracę rozpoczętą prowadził.
Nadjechał wreszcie Dziema, a ujrzawszy Roszkę przy pracy, radził mu, by się zabrał i nie odbierał uprawionej już roli. Roszka jednak starał się niewiele sobie robić ze słów popowicza. Wtedy Dziema wyjąwszy pistolet, wystrzelił dwa razy a Roszka widząc, co się święci, umknął rychło.
Dziema zabrał się zaraz do budowy chaty a sługę, którą miał od ojca, pojął za żonę i gospodynię. Że tęgi był z niego gospodarz, mówił stary-widać z tego, że dziś nas czternastu na tej schedzie się mieści, a chata moja stoi w tem samem miejscu, gdzie niegdyś pradziad mój pierwszą postawił."
Nałożywszy świeżo lulkę i pyknąwszy kilka razy, tak dalej prawił stary:
"Ludzi w owych czasach nie było tyle, co dziś ich mamy, mieściło się tu zaledwie trzech lub czterech gospodarzy, gdyż Tatarzy ich powyjadali, a karmiąc orzechami i końskiem mlekiem, by byli tłuści, zabierali ze sobą.
Na szczytach Magury, Leśniowa i Chyżek były ustawione wiechy a przy nich straż zwykle. Gdy więc Tatarzy od strony Delatyna nadciągali, pochylała straż wiechy w tę stronę, ku której dzikie pogaństwo dążyło. Gdy raz złowrogie te znaki pochyliły się w stronę dzisiejszej naszej osady, wiedział nasz lud biedny, jakie nieszczęście mu zagrażało. Tatarzy byli w drodze ku Mikuliczynowi.
Wtedy to nasi przodkowie popodcinali las, "Kupelskij" zwany, pomiędzy Mikuliczynem a dzisiejszym Tatarowem leżący, tak, że drzewa ledwie na pniach się utrzymywały i za najlżejszym powiewem wiatru z łomotem waliły się na ziemię.
Tatarzy nadjechali konno brzegiem Prutu, wjeżdżając do lasu. Ludzie trzymający w ukryciu kilka drzew podciętych na długich linach, puścili takowe, a te padając, waliły jedno drzewo za drugiem. W mgnieniu oka horda najezdników znalazła grób pod drzewami dziewiczego lasu.
Z całej tej czerni zdołał tylko jeden Tatar umknąć wraz z Tatarką. Przybywszy do mego pradziada, zostawił kobietę przed domem, sam zaś wszedł do chaty, pytając, czyby czego jeść nie dostał. W domu była tylko baba. Wskazała mu beczkę, mówiąc, że jest w niej żentyca. Zgłodniały bojownik pochylił się, by zaglądnąć, co się w beczce znajdowało, a wtedy baba chwytając go za nogi, utopiła w żentycy. Tatarka przeczuwając co zaszło, wsiadła na konia a przebrnąwszy Prut, zostawiła konia nad brzegiem, kryjąc się sama w wąwozie z połoniny Laśniów ku Prutowi zbiegającym. Tu pod skałami powiła małego Tatarczuka.
Mieszkańcy poznawszy konia Tatarskiego, pasącego się w łęgach, jęli szukać za Tatarami a znalazłszy Tatarkę w wąwozie, zabili wraz z Tatarczukiem, nadając wąwozowi nazwę "Tatariwczyk", osadzie zaś "Tatarów".
Mieszkańcy uwolnieni od dalszych napadów, zaczęli powoli tutaj się osiedlać. -Tu stary pyknął znowu kilka razy dawno zagasłą już lulkę, splunął i rzekł: "kołyś pry nedili skażu wam szcze deszczo panyczu".
Zaciekawiony jednak pięknemi temi legendami, które w miarę rozwoju cywilizacyi gasną coraz bardziej wśród naszego ludu, postanowiłem kilka jeszcze tych wzniosłych utworów rozbujałej wyobraźni ludu górskiego wyrwać zapomnieniu.
Nie długo czekać musiałem. Święto " Błahowiszczenie" wypadło we środę i stary z ulubioną swą fajeczką przyszedł znowu do mnie.
Nałożywszy do lulki tytoniu i pyknąwszy kilka razy, zapytał mnie o czem jeszcze chciałbym się dowiedzieć.
Zastanawiając się nieraz nad nazwami "lisny" (nimfy), "Lisnowy (nazwa połoniny) i "Pidliśniw" (nazwa osady), postanowiłem dojść związku, w jakim te trzy nazwy pozostają ze sobą. Zagadnąłem więc starego, co to są te "lisny".
Lisny to czeledyna (dziewczęta), które żyją w lesie. Mieszkają one na Leśniowie ( z huculska Lisnowach) i przy nastaniu nowego księżyca schodzą nad Prut do Podleśniowa na swe igrzyska. Są one i na polance zwanej "Doszczynce", a na nowiu śmiechy ich, podobne do śmiechu naszych dziewcząt, dokładnie słyszeć można.
Ja raz tylko w mojem życiu- mówił stary- widziałem "leśną". Było to może przed laty dwudziestu, gdyśmy z Iwanem i Andrijem spędzali owce pod Czarnochorą. Wieczorem wyszedłszy prowałem na polankę, pod szeroko rozgałęzioną, osobno stojącą smereką, rozłożyliśmy watrę. W tem w pobliżu dał się nam słyszeć płacz dziewczęcy a wkrótce stanęła przed nami leśna zawodząc: "oj bidkoż moja czorna, upadku mij hyreńkij, aż teperes na mene upaw".
Po tych słowach przybrała groźną postawę, mówiąc, zabierajcie się zaraz, gdy nie chcecie, by was spotkało nieszczęście, i nim zdołaliśmy przemówić do siebie, bogini leśna znikła w cieniu otaczających nas drzew.
Przerażeni chwyciliśmy każdy po jednej głowni, przenosząc się na inną sąsiednią polankę. Nazajutrz, gdyśmy, zdjęci ciekawością, przyszli na miejsce, gdzie tliło pierwsze nasze ognisko, śladu z niego nie było.
Oj tak, tak panyczu - kończył stary swe opowiadanie- lisna i czołowika sia czepyt. Niech tylko parobek zatęskni za swą kochanką, leśna już go się uchwyci. Stefana nieboszczyka dwa lata się trzymała i gdyby nie ziela, które mu wróżki dały gdzieś w świecie, zginąłby był niechybnie z jej ręki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)